środa, 17 marca 2010

W dzisiejszym odcinku...

O propheta, certe penis tuus cælum versus erectus est” (O proroku, twój penis wznosi się pod niebiosa!)

Ali ibn Abi Talib wykrzyknął te oto słowa po śmierci Mahometa
(anegdota przypisywana Abu al-Fida, zrelacjonowana przed Edwarda Gibbona w dziele 'Zmierzch i upadek cesarstwa rzymskiego').


To doprawdy godne podziwu, jak niesamowicie zaskakujący potrafi być świat. Do tej wiekopomnej chwili sądziłem, iż śmierć przez powieszenie, bądź też samobójstwo, kojarzyć się musi wyłącznie z paskudnymi znamionami pośmiertnymi, ohydnymi grymasami spowodowanymi - dajmy na to - rigor mortis, które potrafi wykrzywić denata w sposób zupełnie nieprawdopodobny. A jednak, zaiste, nawet nasz własny, tak bliski sercu organizm, potrafi wykazać się niespodziewanie czarnym humorem, i to w momencie, gdy najmniej byśmy się tego spodziewali. Erekcja pośmiertna. Brzmi równie intrygująco co cierpienie orgazmu. Mimo to i jedno i drugie ma miejsce w czasie (?) i przestrzeni (?) naszego świata. Otóż, jak informuje nas to i owo - najprawdopodobniej gwałtowna śmierć ma niebagatelny wpływ na narządy płciowe, bowiem 'u kobiet obrzękają wargi sromowe i możliwe jest uwolnienie krwi z pochwy; u mężczyzn natomiast w jednym na trzy przypadki następuje bardziej lub mniej całkowita erekcja penisa oraz uwolnienie moczu, śluzu lub spermy'.
Boskie, nieprawdaż? Błędnie mniemałem o pewnym podnieceniu i gorących wypiekach na twarzach i genitaliach ludzi, którzy zgotowali taki los innym, jak to np. miało miejsce w szeroko reklamowanych atrakcjach, raptem parę wieków temu, wśród cywilizowanego - poniekąd - społeczeństwa.
I teraz wyobraźmy sobie konkretną sytuację - wkraczamy do jakowegoś pomieszczenia, a tam trup. Potężna belka podtrzymuje na porządnej linie nieboszczyka, który wisi. Wisi, a mimo to stoi.
Czy to bluźnierstwo? Skądże. Rzekłbym, iż to pierwotna reakcja na uścisk móżdżka, coś w pełni zwyczajnego. Dawno odeszła w zapomnienie koncepcja, iż to czego nie potrafimy sobie wyobrazić, nie ma prawa bytu - wręcz przeciwnie nieraz. Wszakże przeciw komu ona niby popełnia herezję? Cywilizacji. A czym jest nasza cywilizacja? Wedle wielu źródeł, jak np. fascynującej książki autorstwa Michel'a Onfray'a (pod tytułem 'Antypodręcznik Filozofii'), oraz przedstawicielom tej zacnej sztuki tam przytoczonym - jawi się tłumieniem popędów. Niweczeniem naszych ograniczeń, które są bezsprzecznie naturalne, coraz większą żądzą kontrolowania świata - miast być tak podatnym kaprysom rzeczywistości.
Nie umiemy latać? Od czego intelekt, który wykreował samolot. Nie umiemy pływać? Zgłębimy najczarniejsze mroki oceanów. Umieramy? Przestaniemy. Zdaje się, że to pragnienie wieczności napędza obecną inżynierię genetyczną. Rad z tego jestem niewysłowienie. Wszystko bowiem wskazuje na to, że czeka nas kolejna rewolucja technologiczna, która zmieni kompletnie obraz naszego świata - zakładając, że dotrwamy do tejże chwili. Genomy. Ciemna materia. Niedawne odkrycie na Antarktydzie organizmu, który niby nie mógł przetrwać w tak skrajnych warunkach. Teoria strun? Wieloświaty, tzw. multiversum? Fizyka kwantowa..?
Zaprawdę, nadejdzie taki czas, iż bezczelnie stojący kutas po śmierci stanie się najmniej dziwnym zjawiskiem, które znamy.
Musicie zdawać sobie także sprawę, z kwestii tego, jak wiele problemów etycznych i praktycznych nastręczy ów czas. Czy będziemy mogli ingerować we wszystko, tylko dlatego, że potrafimy - że mamy taką możliwość..? Przez pewien czas, raczej tak. Później jednakże mus nam będzie wypić, co do kropli, nie tyle piwo, a truciznę, którą sobie upichcimy. I to duszkiem.
Ażeby unaocznić me obawy związane z wchodzeniem jakże żywego prącia możliwości naszego gatunku - wszędzie, gdzie się da - przedstawię parę przykładów, które na poczekaniu wymyślę: najdoskonalszy aktor porno, który zdoła dzięki dwudziestu jeden nigdy nie opadającym penisom zadowolić dwadzieścia jeden kobiet - jednocześnie; antyczny Ikar, ze skrzydłami orła, łuskowatymi nogami i pierzem zamiast włosów, latający nad miastem w nowym parku rozrywki; kwintesencja doskonałości, umysł jakowegoś geniusza w gadoidalnym ciele o uzębieniu raptora, a instynktach najdoskonalszego drapieżcy; istota o skórze kameleona, szybkości geparda i zwinności pumy - zwiadowca perfekcyjny; a może połączenie kobiety i mężczyzny w antyczną całość, samowystarczalną ideę z krwi i kości?
Jakże wtedy traktować, jak odnosić się do tych ludzi.. a może zwierząt? Zezwierzęcony człowiek czy uczłowieczone zwierzę? Bestia? Bóstwo? Bóg?
Oczywiście, że tak. Potrzeba matką wynalazków. Ażeby kontrolować własne twory, człowiek będzie musiał stać się bogiem. A i tak, na tym poziomie, który z całego jestestwa chciałbym, ażebyśmy osiągnęli - znajdzie się coś, czego natury dopiero będziemy się uczyć, a także zjawiska, których nigdy nie braliśmy pod uwagę, jako rzeczywiste.
A jako, że głupota wieczną jest i basta, nadejdą katastrofy o skali niedającej się zmierzyć niczym, co znamy.
Nieskończoność. Krąg, który nie ma ujścia? Bez różnicy. Ledwie musnęliśmy wiedzę o nas samych, o wszechświecie.
I to właśnie pokora winna zostać tym, co charakteryzować MUSI ludzkich bogów.
Homo deus? No ba.

Michel Onfray wprowadza także w sposób subtelny i uzasadniony zasadę ostrożności - czy też zasadę zakazu - odnośnie takowych eksperymentów. Postuluje, iż znaleźliśmy się na granicy, której nie lza nam przekraczać, jako, że wpływ na ludzkość nas samych ma szanse stać się zagładą naszego cennego (z mego, ograniczonego punktu widzenia) gatunku.
Najprawdopodobniej Jezus Chrystus widząc obecny świat przepełniony elektrycznością, nowoczesnością, drapaczami chmur i tym podobnymi rezultatami ludzkiej działalności, stwierdziłby - tuż przed samobójstwem - iż nastał koniec świata.
Ale tak się nie stało. Istniejemy. Kto wie, czy to nie największe przekleństwo, zwłaszcza, jeśli mowa o nieumieraniu nigdy.
I, jakby ktoś nie spostrzegł owego przyziemnego faktu, to postęp sprawił, że przetrwaliśmy tak wiele. Postęp, to wynik naszego mózgu. Wyrzec się progresu, to jak odmówić posłuszeństwa rozumowi. Widząc też, jak wielkie zagrożenie stanowi broń atomowa, biologiczna oraz chemiczna, ja, osobiście, postuluję, ażebyśmy czym prędzej zabrali się kolonizację kosmosu.
Ni cholery mi się nie uśmiecha przebywać z tak ckliwie tykającą bombą wodorową (czy hadronową). Chędożyć radośnie genetykę - kiedyś, gdy będziemy mieć planety we władaniu, stworzymy sobie kontrolowane zoo, w którym do woli zdołamy eksperymentować - kto wie, może sami takowym psikusem jesteśmy..?
Ejże, naukowcy - hajda za drogę mleczną! Najpewniej też, dla innych, niewątpliwych kultur gdzieś hen, daleko, za gwiazdami i galaktykami, w ich oczach (zakładając optymistycznie, że takowe posiadają) staniemy się niczym monstrualnie niekontrolowana zaraza.
A my po prostu będziemy uciekać przed sobą.

Dziwy nad dziwami.


0 komentarze:

Prześlij komentarz

Rób co uważasz i uważaj co robisz.