Ciąg dalszy..
Grozą napawa nas zło. Jakiekolwiek: małe - nieistotne, średnie - wybaczalne, ogromne - ciągnące się przez pokolenia, a zależące od zapiekłości oraz mściwości ludzkiej. I choć nieugięcie odchodzę od głównego wątku, chciałbym bezczelnie zaznaczyć, iż zdaję sobie z tego sprawę. Jednakże, mając do czynienia z ludźmi światłymi śmiem mniemać o zaakceptowaniu tego skromnego szczegółu. Niewzruszenie kontynuując... Istnieją - i mają się wręcz przecudownie - konfundujące zależności targające posadami tego świata. Począwszy od zarania dziejów nasz gatunek milionami teorii stara się rozgraniczać, dzielić, by w końcu niepodzielnie władać przeróżnymi zagadnieniami dotyczącymi niemalże wszystkiego. Tak naprawdę, jasna grążela wie, po co. Wynikiem tak usilnych starań ogromu naszych bliższych bądź dalszych pobratymców są głębokie sprzeczności żarłocznie gryzące się chociażby w moich trzewiach. Nie sposób mi tego zmienić, lecz hańbą, a i głupotą, byłoby ich nie zauważać. A można je przecież przedsiębiorczo wykorzystać...
Takie jak wyżej działania prowadzą do zadziwiająco groteskowych zjawisk. Bluźnierczy, lecz cwany paradoks: z imieniem Stalina na ustach wyrżnięto miliony, spowodowana propagandą, potrzebą oraz głupotą rzeź na masową skalę, okrzyknięta - zgodnie zresztą - przez wszelkie narody jako jedno z największych bestialstw współczesnych czasów...; w imię Jezusa Chrystusa bezlitośnie i z uśmiechem na ustach nabito na pal, spalono, wymordowano o stokroć tysięcy więcej (Bogu ducha winnych, najwyraźniej) ludzi, a mimo to – czcimy go. W każdej szkole, instytucie, budynku znajduje się ikonka z Jego podobieństwem, widać plakaty, tylko ładniej nazwane, mówiące „ufam Tobie...”. Ale dlaczego? Zgodnie z chrześcijańską (?) logiką (?!) syn Boga, mając na sumieniu tak niezliczoną liczbę straconych (może się mylę, może odkupionych!) dusz, winien znajdować się w osobnym, nowym kręgu piekła. Czy za pięć pokoleń, gdy społeczeństwa zapomną o wojnie, znów skoczymy sobie do gardeł, tyle, że tym razem bronią tak wyrafinowaną, tak destrukcyjną, iż w końcu nic się nie ostanie? No cóż, coś się kończy, coś się zaczyna***... Prócz głupoty. Ta trwa wiecznie. Ot, ironia...
Następny paradoks, kolejna paranoja: czysty rozum oraz czyste uczucie. Do tego jeszcze czysta rasa, czyste sumienie, czysta karta („tabula rasa”), czysta krew, czystki, czystki, czystki... Zaiste, to taki przerażająco antropogeniczny rodzaj doboru naturalnego, czy może po prostu lubimy maniakalnie, by nie powiedzieć – obsesyjnie – sprzątać, z przemożonego poczucia winy, że naśmieciliśmy...?
To krępujące, jednakże – ja wolę brudne! A niech miesza, łączy, szumi, a wybucha. Skoro z tego powstaliśmy, niech tak się stanie! A nuż wyjdzie, może coś dobrego, jak człowiek (zakładając pozytywność naszego istnienia)...
Karkołomnej, a jakże, próby scalenia przeciwnego podjął się C. K. Norwid w swym uroczym dziele „Assunta (czyli Spojrzenie)”. I choć zgodnie z zaleceniami wstępu utwór ma być poematem miłosnym, bardziej natury jest filozoficznej oraz aluzyjnej niźli sercowej. Najstarszy niejako z romantycznych, wielkich poetów doświadczony został trudnością życia w samotności, która zadecydowała o wielkiej sile, jak i dojrzalszym sposobie myślenia. Istnieje ciekawa zbieżność, bowiem przypatrując się biografiom skonstatowałem, że jedynie Mickiewicz znalazł spełnienie z niewiastą, a także wymowne rezultaty w postaci sześciorga dzieci. Słowacki, o ile wiadomo, takiego szczęścia – lub też przeciwnie, kwestia gustu – nie miał. Cyprian przeżywał miłość wielką, lecz tragiczną, bo niedokończoną, jednostronną. Możliwe, iż dlatego jego twórczość zbliżona była bardziej parnasizmowi oraz klasyce. Z tego też powodu można w niej znaleźć różne wątki, poświęcone czy to walce z materializmem, utylitarystycznym traktowanie człowieka bądź wyłącznie duchowemu kultowi. Zawarł owe myśli w wyżej wspomnianym poemacie, traktując równorzędnie i przydzielając im swych przedstawicieli. Mamy więc „przwódcę-górników” skupiającego się na dobrach doczesnych, jak również mnichów na tych zupełnie odmiennych. Złotym środkiem okazuje się być tytułowa bohaterka, córka ogrodnika, który w momencie swej śmierci powierza naszemu jedynemu narratorowi piecze nad swym bezcennym skarbem, mianowicie – ją – biedną dziewczynę oniemiałą okropnościami świata, symbolizującą milczącą sztukę. Uczucie do niej staje się próbą połączenia tego co emocjonalne z rozumnym. Inaczej niż u poprzedników, autor niemalże od niechcenia kreśli akcję, której finałem jest śmierć Uniesionej (Assunty), a skoro pozostaje w niej wiele niewiadomych, interpretuje się ją aluzyjnie jako tryumf zła, fiasko szczytnej misji. Prócz owych czterech pieśni istnieje jeszcze wstęp oraz dość zaskakujący przypis. Wg niego starożytni od najdawniejszych po całkiem niedalekie, aż do chrześcijańskich czasów, nie przedstawiali postaci człowieka spoglądającego ku niebu. Motyw ten miał mieć miejsce dopiero od pamiętnego wniebowstąpienia, które rzekomo okazało się wystarczającym powodem dla artystów, aby w końcu ruszyć nieruchome gały ich tworów w kierunku upragnionego raju... Owe wielkie odkrycie zostało umieszczone w marnym przypisku z jasno określonego powodu – dostojni duchowni oraz wykwintni naukowcy najzwyczajniej w świecie znieważyliby i stracili tenże dar. Skoro jednak przeoczyli tak 'oczywistą oczywistość' przez dwa milenia, udowodnili swą niekompetencję...
Tymczasem przeczesując internet w poszukiwaniu spojrzenia ku Piekłu ('Dołowi') w wykonaniu antycznych, odnalazłem wiele ciekawych, lecz nie ostentacyjnych gestów, które przemawiałyby raczej za oglądaniem 'wokoło'. Smutną nowiną jest za to brak jakichkolwiek ważniejszych przedstawień w sztuce związku dwojga. Wydawać by się mogło, iż uczucie to przekracza ramy zwykłego obrazu... oraz rzeźby. Lub też po prostu 'sieć' nie należy do przyjaznych środowisk 'czystej' miłości.
A muzyka? Namiętnie wsłuchuję się właśnie w te piękne, magiczne pieśni, inspirowane 'mrocznymi wiekami', pełnymi urzekającej, namacalnej, zmuszającej do wyrwania się z okowów swoich codziennych wyobrażeń i sięgnięcia wgłąb siebie... Tęsknoty...? Tak, z pewnością tęsknoty, pragnienia, żądzy poznawania, doznawania... Romantyczność, reakcja na wszechwiedzące, niepozostawiające złudzeń oświecenie, gdzie niepodzielnie tryumfuje, zdawałoby się, pewny rozum. Bunt sam w sobie, jako makabrycznie głupi odwet mający na celu zlikwidowanie 'przeciwnika' jest karygodnym błędem. Należy z pełną świadomością wykorzystać wiedzę przodków, nie ignorować. Naturalizm? Dlaczego nie... Tyle, że mózg również został nam ofiarowany przez naturę, więc wyrzekać się go nie warto.
'Druga połówka', sugerująca jakoby kiedyś, gdzieś tam, byliśmy hemafrodytą, jednocząc się ponownie, odnajdując na wieki, tworząc doskonałe. Jednocześnie, to takie ubezpieczenie, dające nadzieję, iż każdy, całkiem i bez wahania każdy, ma szansę odkrycia, złączenia bolących, oderwanych od siebie serc. Być może podróż jest odpowiedzią? W żyłach wielu z nas płynie ta pradawna, nieuleczalna choroba konkwistadorów, odkrywców, pielgrzymów wędrujących skądś dokądś, ciągle w trudzie, roniąc łzy i przelewając krew, miłując i nienawidząc, wszystko po to by nie przeżyć jedynie, a żyć jak nikt nigdy! Przytoczone wcześniej zapytanie i frustracja, odnośnie wystawiania na próbę więzi damsko – męskich... Prócz poznania siebie, tej drogi, która ukaże nam w końcu swe granice, musimy jeszcze – na to wychodzi – dowieść wartości drugiej osoby? Całkiem nieświadomie oraz z sercem na dłoni? Ryzykownie. Szczególnie, jeżeli nas 'przejrzy'.
Marzenie, siła napędowa – któż mu się oprze? Widząc chabrowe, przesączone gdzieniegdzie purpurą niebo, rozświetlone pojedynczymi promieniami przebijającego się z rozkoszą słońca - wiszącego nisko nad horyzontem złotego kręgu - wznosząc się jednak, budząc do życia, przyjemnie penetrując nagie drzewa otulone miękką mgłą, sunącą subtelnie nad ziemią... Słychać cichy szelest poruszanych liści, nieśmiałym jeszcze, wiatrem. Pierwsze dzielne ptaszki zaczynają wygrywać swą codzienną, wyjątkową symfonię, w końcu rozśpiewują się kompletnie. Dramatycznym przerywnikiem jęczy żałośnie sarenka, capnięta niedaleko przez sforę wygłodniałych, nie mających wyboru wilków, tych większych oraz mniejszych. Czuć tą całość, nozdrza raczy delikatna woń mokrego rosą mchu, wiejąca z południowego stoku lśniącego poranną łuną skał. Obok leży, owinięta ciepłymi, grubymi kocami ukochana osoba, z lekko przechyloną, mieniącą się kaskadą niesfornych włosów, głową. Spracowanymi wczorajszą wspinaczką dłońmi obejmuje, ściska z uczuciem twe...
Upojenie chwilą, ulotną, przemijającą, jak wszystko, tyle, że znacznie szybciej. Esencją romantycznego uczucia jest więc zapomnienie? Absolutne oddanie swej duszy, ciała i umysłu w niepewne ręce przeznaczenia? Zaufanie, niepodważalne, mogące góry przenosić, rany leczyć... Ludzkość zawsze jednak lubowała się w mroczniejszych stronach, szczęściu swym, bez względu na wiele, a czasem nawet wszystko. Autorzy nader trafnie układali więc sytuacje, nie wchodząc zbytnio w mierne 'szczgóliki', skupiając się wyłącznie na potędze miłości. Odgraniczając z dziecinnych powodów ciemniejsze, bardziej przyziemne przeszkody. Wtedy te wrzące, piękne uczucie nie byłoby już bowiem tak wspaniałe, wychuchane i wypieszczone. Przerażałby patologiczny egocentryzm, budząca trwogę chęć podporządkowania drugiej osoby, mierziłaby myśl o spędzeniu całego życia z „persona non grata” danego serca.
Poza tym... Ah, panowie, nie oszukujmy się. Kobieta, niewiasta, potomkini spienionej Afrodyty, w głębi swej lubieżnej, matczynej, a także rozkochanej w szaleństwie duszy, potrzebuje miłości. Nieokiełznanej jak huragan, potężnej niczym mięśnie mocarnego, biblijnego Samsona oraz oparcia, siły, która równocześnie ją pokieruje, ochroni, tak, by znów była w całej swej okazałości piękna i niewinna. A tego, płaczący (nadmiar goryczy, cierpienia wylewać w postaci łez należy; ale niech to będzie choć sensowny nadmiar) z swoich własnych, wewnętrznych klęsk, romantyk pełną, że się tak brutalnie wyrażę, gębą, jej nie da. Musiałby wpierw uporać się z samym sobą, a nie każda chce czekać tak długo. Jak smętnie, lecz z charyzmą śpiewa wykonawca 'Metallica'y: „it's sad, but true”.
Adekwatnym przykładem na jakość romantycznego uczucia zdaje się być Reynevan, bohater 'trylogii husyckiej' autorstwa A. Sapkowskiego. Nie dość, że pała nieposkromioną żądzą oraz, rzecz jasna, uczuciem do kuszącej Adeli von Stercza, wykazując przy tym szereg cech charakterystycznych dla tego rodzaju choroby psychicznej (jak obłęd, głupota, rozsądek gdzieś daleko, umysł zapomniany w odmętach wspomnień), to jeszcze lata – równie intensywnie – za spódniczkami niczym pies za samochodami, wystarczy, że przejedzie jakiś obok. Jednakże, z czasem dojrzewa. Lecz to już zupełnie inna bajka.
Ogólnie rzecz ujmując romantyzm to pogoń za obłym kształtem we mgle, nie dostrzegając sensu, ale z 'czystej' właśnie, ciekawości. Przebieg takich poszukiwań już znamy. Wieszczowie przygotowali za to alternatywne zakończenie. Kiedy nasze pędy kuszących wyobrażeń zwiędną, myśli zemrą, wciąż pozostaje nam miłość, do ojczyzny tym razem. Istotnie, chciałbym by kraju bronili ludzie bez serca, z zszarganym postrzeganiem rzeczywistości (walczyliby w każdym piekle), w dodatku egoiści. Z taką armią zapanowalibyśmy nad światem! (~ironia~)
Niestety, ten samobójczy pościg za szczęściem i spełnieniem rozumiem. W epoce, której wytworzył się ów nurt literacki wesoło przecież nie było. Uciśnionych bito, kobiet nie doceniano, nie rozumiano; mimo swych starań, nie znalazłem opisów romantycznej miłości w wykonaniu płci pięknej, a skoro jej się rzecz tyczy, niech się wypowie, nawet aluzyjnie, parabolicznie, ale odkryje tajemnicę! Tyle dobrego mogłoby dla obydwojga wtedy wyjść... A tak, mężczyznom najwidoczniej pozostała desperacja i własne ego. Ignorancja i poddawanie się zabija. Przezwyciężyć je, to pokonać swe własne, ludzkie granice.
A z czego wynikały te tak bezceremonialnie widoczne błędy tamtych lat? Jak nader często – z niewiedzy. O właściwościach i zastosowaniu psychologii, anatomii oraz – bez szemrania – ars amandi nie zostali, wskazują na to poszlaki, uświadomieni. Jedyne, co mogli zaoferować to eksplozja oszałamiającego uczucia, znikająca równie nagle, jak się pojawiła. To dać mógł każdy. Niewielu jednak dałoby radę tak ciągle w nieskończoność...
Zaintrygował mnie za to jeden szkopuł. Skala. Romantyzm nie ograniczał jej, pozwalał rosnąć do rozmiarów nierzadko obsesji. Tak wstrętnie monstrualnej, obrzydliwie bezbożnej, że aż wciągającej. Chorej. Spaczonej... Która w swej wielkości wszystko miała za nic. Niebezpieczny, szkodliwy dla ludzkości to mógł być kierunek... Radością za to dla ogółu, był fakt, iż tragedie takie nie tknęły ludzi o większej zawziętości, którzy w swą ponurą zemstę włożyliby tyle samo siebie ile w poprzedzającą ją miłość. Wszakże ból, wg tych zakurzonych, starych ksiąg, nie tylko zabija, lecz – niekiedy – odradza. A postać z tego stworzona światu, ni nikomu, miła by być nie mogła...
Ja sam przecież, niepewien jutra, chciwy spełnienia snów, które są bliskie memu sercu, mogę nie ustrzec się przed cierpieniem. W razie czego, zechciałbym przyjąć je z godnością, by pełen pychy i arogancji, wyśmiać je, jak zwykle. Ale myślę, myślę usilnie, długo i owocnie, a dobrze zaplanowana akcja, to połowa sukcesu. Poniekąd.
Wciąż, niemalże wszyscy pragną kochać z wzajemnością, cieszyć się beztroską i wspierać w trudnościach. Rozwiązaniem staje się więc umiar, nierówny każdemu, ale zależny od cech danego człowieka. Wbrew pozorom i przesłankom, niektórzy nigdy nie doświadczą tego najważniejszego z palety uczuć przeżycia. Dlatego raz znalezioną winno się pielęgnować oraz cenić, rzecz jasna, kiedy ma się pewność. Tego nikt się nie nauczy, trzeba to czuć. By później rozumnie wykorzystać...
Co z tego! Nie przewidzisz miłości, dzikich harców strumienia, którym podąża, ale... czy nie dlatego jest tak niezwykła? Bezcenna i wyjątkowa? Czy nie warto (przenośnia) spaść do samych plugawych stóp Szatana by wzbić się któregoś dnia aż po promieniującą wszechmocą aureolę Boga (/przenośnia)? Jak cienką granicę stanowi dziś moralność, jak życie nie przypomina szachów, gdzie wszystko jest czarne lub białe, a pola kwadratowe? Kiedykolwiek tak w ogóle było...? Jeśli czytający te słowa, choć przez chwilę się zastanowił nad tym problemem, znak to niezawodny, iż również ma gdzieś w sobie, ukrytą, skrywaną, zaklinowaną tęsknotę za całkowitym obłędem... Za tym by rzucić wyzwanie przegniłemu, ohydnie spasionemu Przyzwyczajeniu, które jest prawdziwym wrogiem miłości...!
Tym akcentem zakończę, bez ceregieli, tą interesującą podróż wgłąb swych własnych, nieujarzmionych przemyśleń, a która niezwykle mi się spodobała. By uzasadnić miałkość technicznej strony opisywanych utworów, zaznaczam stanowczo, iż wielu przede mną – znacznie w tej kwestii znamienitszych – męczyło oraz dręczyło, pod różnymi kątami, te dzieła i tak wystarczająco. Pozwalam więc umieścić tu jedynie (lub aż) wrażenia, których doświadczyłem w czasie swawolnego obcowania z wyżej wymienionymi. Przepisywać bezsensownie cudzej pracy nie mam najmniejszego zamiaru. Nie dość, że byłoby to przykre, to jeszcze takiego procederu nie cierpię.
"Każdy ze śmiertelników ma swój dzień ostatni; krótki i bezpowrotny jest dla wszystkich czas życia" ta, jakże prosta i jednocześnie trafna w swej istocie, sentencja zapisana przez starożytnego pisarza ukazuje tragizm i jednosześnie czar egzystencji. Wergiliusz nie wiedział, że ponad 2 tysiące lat po napisaniu tych słów ludzie nadal będą tkwić w moczarach nieustającech deliberacji drących serce brakiem odpowiedzi, permanentnym błądzeniem w labiryncie własnych myśli, introspekcji, egotycznego poznawania świata. Dlaczego rozdrapywanie ran i zrywanie strupów bezsilności wobec potęgi i magii życia sprawia człowiekowi tyle przyjemności? Masochizm? Sadyzm? A może po prostu ironia ludzkiego bytu wiedzie nas do złożoności i sprowadza na manowce odciągając od prostoty, która niejednokrotnie jest zbyt oczywistą prawdą. Czyż nie lepiej by było wstawać przy urokliwych dźwiękach "Mrożkowej muzyki" i z uśmiechem na twrzy, krocząc bosymi stopami, cieszyć się byciem? Kochać każdego, bratać się z wrogiem, pomagać tym, którzy nas nienawidzą, niedoszukiwać się zawiśći w każdym pochlebstwie i oceniać już po tysiąckroć ocenionych? To chyba jednak za trudna prostota...
OdpowiedzUsuń na zawszeDziękuję, że mogłam przeczytać Twoje wspaniałe, miażdżące spokój refleksje. Życzę wszystkiego dobrego!
Historycy opisują te zjawiska, które przykuły uwagę widowni. Nie znamy nazwisk tysięcy, które z hasłami - wolność, równość, sprawiedliwość - mordowały się wzajemnie tworząc nową świetlaną przyszłość. Te masy z pewnością nie były pewne jutra, lecz pragnęły chciwie spełnienia snów. Nie ustrzegły się przed cierpieniem, przeciwnie. Przyniosły cierpienie wielu i same zostały udręczone. Ciekawi mnie, co wiesz na temat warunków życia w czasie przed, w trakcie i po rewolucji październikowej. Jakimi hasłami i plakatami stalinowska machina propagandowa mamiła wielomilionowe, w dużej mierze niewykształcone masy. Ile wynosiła średnia długość życia w tamtym okresie, jak wyglądała opieka medyczna? Jeśli zestawiłbyś to z warunkami życia Afryce, dalekim wschodzie, Ameryce Południowej, to jak to wypadnie w zestawieniu? Ale miało być o miłości... miłość dostatku i miłość w biedzie. Miłość w napasionym kraju wysokorozwiniętym i w tym z trzeciego świata. Czy głodni młodzieńcy i dziewczęta myślą o miłośni i jej tak wielu wspaniałych aspektach? Ile mogą skrywać w sobie zaklinowanej tęsknoty przed całkowitym obłędem.
OdpowiedzUsuń na zawszeGwoli scislosci, jak juz tak szermujesz liczbami. Wikipedia podaje (http://pl.wikipedia.org/wiki/J%C3%B3zef_Stalin#Ocena_historyczna.2C_spo.C5.82eczna_i_medyczna), ze liczba ofiar polityki Stalina wg roznych szacunkow waha sie od 50 do 94 milionow (50x10^6), przyjmijmy dla uproszczenia te mniejsza liczbe. Piszesz, ze w imie Jezusa wymordowano setki tysiecy (10^5) wiecej. Daje to jakies 50x10^11, czyli 5 bilionow, czyli 5 tysiecy miliardow ludzi. Dla przypomnienia podaje, ze obecnie zyje ok 6 miliardow. Ja rozumiem, ze nienawidzisz kosciola, bo zabrania seksu przed slubem, plawi sie w bogactwie i chce miec wplyw na kazda dziedzine zycia, ale Twoje argumenty sa nieco watpliwe
OdpowiedzUsuń na zawszepozdrawiam
rum
Cóż, "Anonimowa1" prostota o której mówisz niebezpiecznie graniczy mi z naiwnością. Miłowanie bliźniego, pomaganie nas nienawidzącym, to brzmi jak poważne zagrożenie dla zdrowia i życia osoby lub osobniczki preferującej takie postępowanie. Zauważyłaś, że zazwyczaj persony, które rozsiewają wokół ideę szczęścia, miłości i szeroko pojętego dobra, stosunkowo szybko są atakowani..? Począwszy od Chrystusa, przez J. Lennona, aż do Jana Pawła II. No, ale..
OdpowiedzUsuń na zawszeWybacz, Koliberek, ale nie odpowiem na Twe pytanie przepełniając Cię satysfakcją - prócz tego, iż wiedza ma czysto książkowa i stosunkowo skąpa w kwestii tamtego, konkretnego wydarzenia - niemniej, nadrobię tę zaległość najszybciej, jak tylko zdołam. A tj. po tym niezwykle uporczywym czasie, jakim jawi się sesja.
"Anonimowy2", widzisz, masz słuszność. Czysto matematycznie bowiem zawaliłem sprawę, ale nie sądziłem, iż te porównanie zostanie wzięte aż tak dosłownie. Używając takiego niewątpliwego wyolbrzymienia, chciałem dać do zrozumienia, iż uważam istnienie kościoła za coś równie złego, acz aprobowanego powszechnie, jak wcześniej wspomniana zbrodnia.
OdpowiedzUsuń na zawszeCzy wiedziałeś, "Anonimowy3", że nawet w 1929 r. Pius XI w liście do kardynała P. Gaspariego stwierdził, iż absolutna wolność sumienia i wyznania jest niemożliwa do przyjęcia..? Iż w państwie katolickim wolność sumienia i wyznania powinna być rozumiana, tłumaczona i praktykowana według doktryny i ustaw katolickich..? I to, że to co nie odpowiada prawdzie i moralności chrześcijańskiej, nie ma 'obiektywnie' żadnego prawa do istnienia, propagowania i działania..? Otóż, gdyby kościół mógł, wprowadziłby z chęcią znów - dajmy na to - cezaropapizm, a wszelkie odstępstwa od wiary traktował w sposób jednakowy - śmiercią.
Z powodu wyżej wymienionego wszelkie odpowiedzi i posty zaczną się pojawiać dopiero wtedy, gdy z obecnymi problemami się uporam. Niemniej, zachęcam do dalszego czytania i komentowania, skupiając się także nie tylko na pobocznych kwestiach mej pracy. ;)
Serdecznie pozdrawiam.
Osobiście interesuję się literaturą / sztuka klasyczną i nie uważam, żeby internet był dobrym źródłem wiedzy (informacji) służącej do uświadamiania ludzi na temat piękna, którym owiany był świat starożytny. Może on być, co najwyżej, narzędziem do znalezienia źródeł (te już z całą pewnością a-wirtualne) pozwalających dotknąć głębi problematyki. Więc bliższa mi teza: „po prostu 'sieć' nie należy do przyjaznych środowisk 'czystej' miłości.” Jednak i tu nasuwa się pytanie, czy aby miłość w starożytności wiązała się z czystością i pięknem. Według mnie to jedynie jeden ze stereotypów postrzegania uczuć w tamtym okresie... Niestety dość przekłamany. Na usta ciśnie się więc stwierdzenie: Odważne słowa. Pozdrawiam :)
OdpowiedzUsuń na zawszeinteresujący tok myślenia, jednak ciągle mam wrażenie, że w swoich notkach chcesz pisać o wielu rzeczach na raz zamiast skupić się na wybranym temacie... powodzenia i pozdrawiam!
OdpowiedzUsuń na zawsze