środa, 6 stycznia 2010

W dzisiejszym odcinku...

Dalsza kontynuacja..

"Miłość niesie ze sobą wielkie szczęście, o wiele większe od bólu, który przynosi tęsknota."
Albert Einstein

Niepokojącą, dokuczliwą myślą wydaje się tragizm uczuć. Gdzie by nie spojrzeć, nie zwrócić swych oczu stęsknionych, wszędzie doświadcza nas ból i cierpienie, chamstwo losu oraz zwątpienie. Dlaczego niemal zawsze, w literaturze zwłaszcza, miłość poddawana jest ogromnym, ciężkim próbom, które mają na celu... co?! Ot, zaiste, fascynująca rzecz! Czyżby uwarunkował się popyt na emocje, coraz dalej sięgające w swych opętańczych próbach rozdzielenia, a w ogólnym rozrachunku unicestwienia więzi? Czy może ma to być sposób na pokazanie, jak wiele dwoje zakochanych ludzi może przejść, byleby znów paść sobie w spragnione ciepła ramiona? Najpewniej jest to też metoda cynicznie zimnych marketingowców lub też samych pisarzy, by zdobyć jak najwięcej czytelników. Spójrzmy wprawdzie w oczy... Kto chciałby czytać (zważywszy, iż sztuka ta wydaje się być wręcz.. niemodna) o jakichś sielankowych opowieściach pełnych tak druzgoczących i wbijających w miękki fotel zwrotów akcji, jak np. pogoń za autobusem z dzieckiem na ręku, albo - co powinno wywoływać naturalne drżenie - elektryzujący masaż stóp? Rzecz jasna, nikt.
Apogeum dramatyzowania, histerii, a także mordowania zakochanych bohaterów przez ich stworzycieli miało, jak widać po powyższych przykładach, miejsce w romantyzmie. Wtedy też dziko spragnieni krwi niewinnych, ludzie, zanurzali się z sadystyczną lubością w doniosłych, chwytających szponiastymi łapskami za serce, historiach o związku dwojga, z których co najmniej jedno musiało – koniecznie pięknie lirycznie – umrzeć śmiercią broń Boże naturalną. Lecz o ile Mickiewicz dał szansę spełnienia w niebiosach dla swych podopiecznych, tak Słowacki tej możliwości ich pozbawił.
Poemat „W Szwajcarii” bowiem, pełen naturalnej żywiołowości, przedstawiony w sposób niezwykle zgrabny i rytmiczny, opowiada o smutnej przygodzie zrozpaczonego mężczyzny, który sięgnął raju wraz z swą ukochaną, bezimienną, jednak traktowaną jak świętą. Zaczyna się tonącą w torturach tęsknoty i żalu zwrotką, w której sam bohater – jedynie godny narrator – rozpoczyna ten najgorszy, potrafiący najdotkliwiej ukłuć rodzaj wspomnienia. O bezpowrotnie utraconym okresie szczęścia w oceanie czasu, zamkniętym już raz na zawsze w krwawiącej ramie pamięci. Odosobnione miejsce alpejskich gór, pejzaż odzwierciedlający, dynamiczny, zaklęty jako nigdy nie mająca powrócić idylla, widok której przynosi jedynie gorycz, wstrząsaną dreszczami, nie dającą się wypełnić pustkę. Okrutnością jest sam początek, ponieważ od tej chwili wiemy już, jak posępny nadejdzie koniec. Reszta jawi się czystym masochizmem, obfitym w niemoc czekaniem, wywołaniem zmęczonego obrazu chwil cudownych, jedynie po to by zobaczyć jak przeradzają się w bezsilne cierpienie, tak namacalne i bolesne, że podstawowym pragnieniem staje się śmierć oraz ustanie tej wiecznej męki... Ukojenie jednak nie przychodzi.
Postawa ta jest wynikiem dojrzałości (a może strachem przed nią?) epoki, jak ten czas w życiu człowieka, kiedy zaczynamy żałować, tęsknić, schylać się po zakurzone fragmenty naszych uczuć, chwil, przyjemnej błogości nie odczuwania uciekającego czasu... Sentymenty napastujące egzystencję, istny weltschmerz, nurtujący bezsens, któremu tak wielu tak często ulega. W różnych formach.
Różnicą między Adamem a Juliuszem jest też samo pojmowanie tego najwznioślejszego stanu. Ten drugi zdaje się sądzić, iż istnieje głęboki kontrast między mężczyzną a kobietą, przy czym „on” jest skoncentrowany na przyziemnych, takich typowo męskich zmysłach (czyżby autobiografizm?), a „ona” szaleje uniesieniami w obłokach psychicznej rozkoszy. I choć pogląd taki prowadzi do nieuniknionej katastrofy, nie odważę rzec, że to bystrze skonstruowana, lecz mimo wszystko – kpina. Tłamszenie popędów tworzy kompleksy, one z kolei są zalążkiem choroby, polegającej na uczuciu niespełnienia, niedosytu i ogólnego braku 'całości'. Wyżywając się, można je niejako 'leczyć', skutki owego zabiegu mają jednak efekt zazwyczaj tragiczny. Zwłaszcza dla otoczenia.
Doprawdy, szkoda, iż teoria ewolucji Darwina, która tylko trochę wyprzedziła wyżej wymienionych wieszczów, nie została przez nich spostrzeżona. Wtedy, całą miłość można by pierwotnie, by nie stwierdzić – prymitywnie – ująć w następujących słowach:

Celem życia jest miłość, miłości – życie.

I aż dziw, choć, nie tak wielki, że nie znalazłem takiej dotąd (hipo) tezy. Wszakże, nie uśmiecha się chyba nikomu perspektywa bycia jedynie rozpłodowym narzędziem do podtrzymywania gatunku. A niestety, tak mógłby ktoś pochopnie wywnioskować. Podkreślam JEDYNIE, bo to, że do takiej „funkcji” przystosowana jest znakomita większość nas, nie ulega wątpliwości.
Celem takiego wywodu jest niezachwiane stwierdzenie, iż namiętności (tej lubieżnej, cielesnej, na myśl której przyjemnie mrowi w kroczu) absolutnie nie powinno się oddzielać od czysto duchowego uczucia. 'Nie powinno się, ale...' w obecnej chwili, kiedy to orgazm niezawodnie maluje się na upiększonych facjatach słodkich pań widzących najnowszą „bielszej bel” lub coś równie idiotycznego, a internet przesycony jest 'pornosami' (a wiem, wierzaj mi, co mówię), ciężko nie odnieść wrażenia, iż „czysta” miłość nie jest na czasie. Możliwe, iż to wciąż skutki rewolucji seksualnej, po niwelowaniu i niezwracaniu uwagi właśnie, na coś tak rzekomo trywialnego jak przyjemność splecionych, jęczących z rozkoszy ciał. Dlatego też niektóre (bo nie wszystkie, wszakże nic nie jest jeszcze doskonałe) próby przeciwstawiania się naturze są skrajnie i niewiarygodnie tępe. Jako przedstawiciel płci męskiej mogę wyrazić jedynie niewymowne niedowierzanie tym, iż jakoś do tej pory nie próbowano sprawić by słońce nie wstawało każdego poranka. Zjawisko te należy do najbardziej jak to możliwe naturalnych i co by nie mówić – z wszech miar zdrowych. Z kolei iście morderczy popęd co poniektórych do tego by naoczny dowód męskości (wprawdzie jedynie tej fizycznej, ale jednak) związać, stłamsić i unieruchomić jest co najmniej dziwny. Żaden widać z takich osobników nie zaznał widoku swej własnej La Royne de la Beaulte et des Amours. A przynajmniej nie w całej okazałości. Prawdą zdaje się zwrot „Saepe decipimur specie recti” Cycerona...




0 komentarze:

Prześlij komentarz

Rób co uważasz i uważaj co robisz.