środa, 12 października 2011

Taktyka hipokryty.

W dzisiejszej bajce...



            Linkin Park raźnie kiedyś śpiewał w ‘Points of authority”, iż ‘you live what you’ve learned’.
Nauka życia dość mocno daję się we znaki w czasie wszelakich, mniejszych bądź większych, podróży. Tak się składa, że w owym błogosławionym stanie się znalazłem. I odnalazłem siebie na nowo. Oto bowiem nadszedł w mej egzystencji przełomowy moment, diametralnie odmieniający bieg zarówno mych myśli, jak i czynów. Od dziś wszakże chrzczę się mianem fanatycznie oddanego sprawie hipokryty!
            Niech nikogo nie obrzydza myśl, iż reklamuję wam wszystkim najsurowszą formę monoteistycznej religii wschodu czy zachodu. Z głębi swego serca wierzę w słuszność każdego wersetu wszelkich świętych ksiąg, tradycja to nic innego przecież, jak solidny fundament potężnych cywilizacji. Zachwalam również celibat, powiem więcej, jestem za jak najczęstszą wasektomią mężczyzn. Jeśli zaś chodzi o płodność kobiet, płodne winny być jedynie swym mężom. Za wszelkie odstępstwa od tej absolutnej reguły przewiduję ukamienowanie. Nie gardzę również karą śmierci za pozostałe przewinienia. Czczę pobożność, miłuję ascezę, drogę do zbawienia prawdziwych apostołów dobra oraz sprawiedliwości. Uważam, że czas najwyższy na kolejną krucjatę, czas najwyższy na rzeź bluźnierców i innowierców. Czas najwyższy by z należytym zachwytem wyciągnąć z kabury kuszący swą władzą rewolwer, przystawić go z szacunkiem do swej skroni i nacisnąć z ulgą spust. Polecam samobójstwo.
             W podobnym tonie proponuję światopoglądy w kwestiach polityki, gospodarki, prawa i każdej innej kwestii. Postęp prowadzi jedynie na manowce. To co stare jest sprawdzone, niezawodne i dzięki temu bezcenne. Nikomu nie przydaje się ewolucja, a już zwłaszcza zakazuję jakichkolwiek prób kolonizacji sfer niebieskich. Nie dla psa kiełbasa.
            Amen!

            Dlaczego?
            Dla jaj. W przenośni i dosłownie. I to nie jaj jakichś przypadkowych, wyrwanych z kontekstu czy metafizyczno-metaforycznych. Dla bardzo szczególnej pary jaj. Moich jaj.
            By być nieco bardziej precyzyjnym, moich genów. Kurewsko samolubnych, mus to zaznaczyć, genów. Genów gotowych do siania memów tak podłych, dwulicowych i perfidnych, że Machiavelli piałby z zachwytu.
            Nowe słówko, jak sądzę, tu wystąpiło. Mem. Z czym się to je? Z umysłem właściwie, ponieważ w umyśle ten abstrakcyjny obiekt występuje. Mem to produkt świadomości, nie bez kozery powiązany ze swą rymowaną alternatywą. To replikator, tyle, że idei.
            Nauką zajmującą się nimi jest memetyka – zbiór meta-memów – grupa idei prezentujących co, jak, skąd oraz dlaczego. Mem, jak wszelki inny wytwór ludzkich myśli, to idea, dość prosta w swej strukturze, jednakże niosąca ze sobą cały szereg niezwykle doniosłych konsekwencji. Ale o tym za chwilę. Memetyka prezentuje koncepcję mówiącą, co następuje: jesteśmy otoczeni (i się z nich składamy) przez całą niewyobrażalnie skomplikowaną sieć, powiązanych i jednocześnie zajadle ze sobą walczących, idei/memów. Możemy je podzielić na trzy główne gałęzie: memy-odróżniające, memy-strategiczne oraz memy-powiązujące. Przykładem pierwszego będzie krzesło – krzesło nie istnieje nigdzie indziej prócz naszych wyobrażeń, stanowi wyróżnialny element otaczającej rzeczywistości, służący nam w specjalnym celu. Strategią dotyczącą krzesła będzie siedzenie – z założonymi nogami, powiedzmy, amerykańską czwórką u mężczyzn mającą charakteryzować pozę dominacji w mowie ciała lub ponętnej nodze na nodze w przypadku kobiet, mającą informować otoczenie o pewnej dozie zmysłowości pomiędzy nimi. Te ostatnie dwa to były już powiązania, ponieważ zazwyczaj kojarzymy (jeśli w ogóle zwracamy na to uwagę), że kobieta lub mężczyzna siedząca w ten sposób ma jakąś dodatkową cechę, wymienioną wcześniej. Są to niezmiernie prymitywne przykłady, ale mniemam o ich wystarczalności dla zrozumienia generalnych założeń.
            Cechą decydującą o przetrwaniu memów jest zdolność do reprodukcji, replikacji, tj. zazwyczaj wiernego kopiowania swego kompletu materiału memetycznego. Im lepszy mem, tym bardziej winien być rozpowszechniony. Nim jednak zacznie się rozprzestrzeniać – dokładnie niczym wirus – musi znaleźć ofiarę i ją zainfekować. Istnieją więc trzy stadia przebiegu choroby – wszczepienie memu w umysł, właściwa infekcja myśli i ich rezultat – robienie tego, co mem karze – przekazywanie wirusa umysłu dalej poprzez czyny mniej lub bardziej świadome. Innymi słowy, dokładnie to, co właśnie wam robię.
            Właśnie – ‘Wirus umysłu’ (Virus of the Mind) Richarda Brodiego, z którego sporo czerpię, a także ‘Samolubny gen’ (The Selfish Gene) Richarda Dawkinsa. Obie książki wam kategorycznie odradzam oraz przed nimi szczerze przestrzegam. Nie czytajcie ich, choćby nie wiem jak bardzo was zachęcali. To iście szatańskie ścierwa, który każdy zdrowo myślący wierny winien spalić na popiół i splunąć. A następnie obowiązkowo się przeżegnać i… Pamiętacie o rewolwerze? Właśnie. Reszta, która przeżyła, no i z tego co widać, posiada sporą dozę inteligencji, już i tak wie co zrobić. Niemniej, kontynuując…
            Co to materiał memetyczny? Choćby katolicyzm. Konserwatyzm. Liberalizm, buddyzm, uzależnienie od torebek Luisa Vuittona, preferowanie Coli przed Fantą, Fanty przez Spritem, ewolucja, memetyka, matematyka, geologia, ekologia, terroryzm, islam, obsesja na punkcie wielokrotnych orgazmów, rytuał małżeństwa no i wreszcie bajki Disneya. Jak i wiele, wiele więcej. Pewne memy są lepsze, inne gorsze – w sensie – pewne odnoszą sukces w replikacji, inne nie. To jest właśnie nic innego jak ‘survival of the fittest’ – ‘przetrwanie najlepiej przystosowanych’.
            Dobra, dobra. Ale o co chodzi? Jeżeli nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze, tak? Niezły mem (swoją drogą, sławetne demotywatory to nic innego jak rywalizacja durnych bzdur o popularność), ale dupa, niekoniecznie blada. Chodzi o seks.
            Nim przejdę do tego co KAŻDEGO interesuje, wyjaśnię dlaczego durnych bzdur. Ano dlatego, iż memy mają głęboko w swych nieistniejących tyłkach Twój, mój czy kogokolwiek innego dobrobyt i szczęście. Zależy im jedynie, i będę to powtarzać w nieskończoność, na jak największej ilości swoich kopii. Nieważne czy osiągną to przez krucjaty, fizyczną eliminację nacji, nieistniejący strach (ale realny terror) czy inną ohydną abominację. To ich nie interesuje. Nie może. Dżuma nie ma wobec Ciebie żadnej urazy. Nie ma motywu. Nie zieje ku Tobie nienawiścią. Nawet nie ma Cię w dupie. Po prostu nie jest dla Ciebie dobra.
            A które memy są? Z ewolucyjnego punktu widzenia, te, które zwiększają nasze szanse na zdrowe i mnogie potomstwo. Tu wracamy do punktu wyjścia.
            Hipokryzję można wytłumaczyć w sposób inny niż pogardliwe prychnięcie w kierunku ludzkiej tępoty. Wbrew pozorom, taktyka hipokryty sprawdza się. Odnosi sukces. Wystarczy rozejrzeć się wokół i zadać konkretne pytanie – co sprawiło, że głupota dominuje? Nie oszukujmy się. Można być nieprzeciętnie tępym i nieprzeciętnie inteligentnym. Ale przeciętność nie jest ani jedna, ani druga. Przeciętność jest funkcją i konsekwencją sukcesu przetrwania. Wypełnienia puli genów swoimi. Dlaczego coś jest przeciętne? Ponieważ jest powszechne. Wnioski są oczywiste.
            Memy na początku – nim stały się samoistnymi i samodzielnymi replikatorami – mogły służyć konsolidacji powstających społeczeństw poprzez rozsiewanie podobnych, scalających pomysłów i sposobów myślenia unifikujących gromady, co oczywiście służyło w walce o istnienie. Niemniej ewolucja nie śpi, a ewolucja w środowisku umysłu zwłaszcza, co zaowocowało w zatrważająco szybkim postępie zarówno samych memów, jak i strategii ich rozmnażania. Jak i rozmnażania samych zainteresowanych, czyli nas. Co zrobić by osiągnąć sukces w tej dziedzinie? Chędożyć się co sił. Ale to czasami za mało. Co jeszcze? Sprawić by inni chędożyli się mniej! Grozić, zastraszać, przekonywać, mamić i okłamywać. Żyć wedle reguł gry, ale kiedy tylko nadarzy się okazja, płodzić ile wlezie. I dalej żyć w obłudzie. To nie musi być nawet świadome. Właściwie, działa lepiej jeśli człek zupełnie nie zdaje sobie z tego sprawy. Wtedy może pierdolić swe karkołomnie skonstruowane kłamstwa z jeszcze większą autentycznością, z jeszcze skuteczniejszym przekonaniem! I kiedy TY, naiwny pajacu, przelewasz krew za CZYJĄŚ ideę na wojnie, JA dymam z emfazą TWOJĄ pannę. Czyż to nie genialnie? Ile w tym korzyści, to się nawet w pale nie mieści! I znów, pewne geny przechodzą dalej, inne nie. Dawniej dość skuteczną zasadą przetrwania było ‘zabij lub daj się zabić’ – dziś brzmi to raczej ‘manipuluj lub daj się manipulować’.
            That’s all there is to it, folks.
            Dlatego z niemałą goryczą pisałem to, co na początku. W ramach przekrętu, sprzeciwu wobec nieświadomości własnego życia. Tylko świadomość może nas ocalić przed mechanicznym wykonywaniem bezmyślnych rozkazów naszego programowania – które trwa zresztą nieustannie. Dlatego postanawiam świadomie dobierać zestawy memów, które mnie kształtują (prócz tych, które już mnie nieodwołalnie zindoktrynowały). Zlepki idei formujących mój światopogląd. Nie chcę tracić życia. Nie na pierdoły. Nie na takie. Nie obchodzi mnie Srucci, kicham na Dolce & Bannana, podcieram się patriotyzmem, szczam na teorie spiskowe, plwam ku reklamom, ryję z zabobonów, a do tego spuszczam się z obfitą radością na każdą kobietę, która nie ma co na sobie włożyć.
            A Ty? Co robisz ze SWOIM życiem?

            Tak czy owak, polecam samobójstwo! Mężczyznom zwłaszcza. No co? Będzie więcej dla mnie!

            Ps. Warto też zauważyć, że temat memów zaledwie delikatnie musnąłem. Następnym razem rozwinę tematykę dobrego wirusa – CO konkretnie sprawia, że dana idea odnosi sukces.

środa, 5 maja 2010

W dzisiejszym odcinku...

Obrzydliwość rzeczywistości, czyli jak człowiek onanizuje swój umysł.

Spotkaliście się kiedy ze stwierdzeniem 'świat to za mało!' lub 'musi istnieć coś więcej!' czy też 'jak ja nie cierpię tej monotonnej codzienności'? Zapewne sami z frustracji niemożności spędzenia czasu w sposób ekscytujący – zwłaszcza, jeśli prowadzi się stosunkowo regularny tryb życia (wstaję o tej i o tej, robię to i siamto, idę tam, przedtem sram, pracuję gdzieś, koledzy mówią 'cześć', wracam później tam, jestem chwilę sam, obgryzam kurczaka kość, wreszcie mam dość, idę spać, przedtem jeszcze lać, itd.) - wymawialiście podobne zdania określające niechęć do swoistego bezsensu takich dni, które może dobre są dla firmy, w której ewentualnie pracujecie, ale was nieraz napawają odrazą i smutkiem; częstokroć do samych siebie, czego rezultat później można znaleźć w wypowiedziach rodziców ostrzegających dzieci, w obawie, że ich młodzieńcze marzenia także zostaną stłamszone przez rutynę i nieudolność podjęcia ryzyka.
Uczucie te, zwane przez Nietzschego „instynktem (być może to nieco przestarzałe określenie) nienawiści do rzeczywistości”, które wręcz absolutnie oczarowało mnie swą przejrzystością.
Jak ktokolwiek mógłby wymyślić życie po śmierci, gdyby nie naturalny szok wywołany odejściem naszych bliskich – nawet słowo 'odejście' okazuje się eufemizmem przez te uczucie zrodzonym, które domyślnie miałoby oznaczać możliwość 'przejścia' bliskiej nam osoby 'gdzieś' – byle tylko nie dopuścić do świadomości oczywistego faktu zgonu oraz ich konsekwencji, w tym odoru gnijących ciał, który kazał pierwotnym ludziom zakopywać ciała zmarłych głęboko w ziemi, a przedtem przyozdabiać je pachnącymi przecie kwiatami. A wszystko by połechtać swe własne sumienie! Wszakże nie ich – oni nawet nie mają tego w głębokim poważaniu – nie mogą mieć – bo w czym?
Szacunek dla zmarłych! Oddawanie czci zjawisku, którego ówczesny przedstawiciel naszego gatunku nie potrafił pojąć – ba! – w większości wciąż uciekamy od oczywistego skutku życia – śmierci! Skąd wzięło się pojęcie nieśmiertelności? Z potężnego pragnienia przezwyciężenia natury, z żądzy władania ją i podporządkowania sobie – z egoizmu, najczystszego i najzdrowszego sposobu na życie.
Jednak czy to wystarczający pretekst ażeby negować otaczający nas świat? By okłamywać tak perfidnie i wyszukanie siebie oraz innych, by nieść złudne pocieszenie słabym osobowościom, które okazują się na tyle wygodne, by wierzyć w debilizm przeczący jakiekolwiek prawdzie? Pojęliśmy wszakże, że to nie Zeus pierdzi w nas błyskawicami z Olimpu, a zjawisko atmosferyczne okazuję się być – nie do końca zbadaną – przyczyną, iż to nie bogowie płodzą dzieci gdy ziemia się trzęsie, a płyty tektoniczne napierają na siebie, wreszcie to nie Szatan winny jest złu, a dobro; iż oba te zjawiska – które sami oznaczamy, nieraz wedle uznania – częścią są jednego – nas! Wynikiem myślenia, metodą przetrwania – zło to śmierć, unikasz zła – Twa egzystencja trwa!
Czy aż tak nędzny okazał się człowiek by dla śmierci upodobniać się do niej? By umartwiać się, biadolić o tym, że cierpienie cnotą, a radość odnaleźć winno się przez łzy w ukończeniu tego wspaniałego błysku samoświadomości jakim jest życie? Gówniarstwo i niedojrzałość – oto ucieczka przed samym sobą, przed konsekwencją swej egzystencji. Chrześcijaństwo, które swym absurdem przekracza wszystko na tej planecie, przeciwstawne jest aborcji czy eutanazji – jednakże to właśnie najszybsze metody ku niebu! A dzieje się tak, ponieważ w głębi natury, dokładnie zdają sobie sprawę, iż życie, którym tak gardzą, to prawdziwa świętość – o ile nie zagraża trwającemu już życiu; zdarza się też, że w wyniku losowych zdarzeń istnienie mamy kategorycznie w dupie – ponieważ nie daje nam korzyści.
Jednakże wybraliśmy tchórzostwo! Rozpaczliwy ratunek przed poznaniem, nadaliśmy sens tak wielu rzeczom, które okazały się być całkowitą bzdurą – wampiryzm, gobliny, zombie, anioły, opętanie, demony, wróżki, horoskopy, przewidywanie przyszłości, droga przeznaczenia; samo przeznaczenie to żałosna próba usprawiedliwiająca działanie lub jego brak, moc czy niemoc, tłumaczące wybór! Ponieważ aby wybrać, musimy coś stracić, podjęcie decyzji to wykluczenie innej możliwości – a z braku pewności, z powodu wątpliwości (które są bezcenne!) - musimy odwołać się do głupoty by poprzeć siebie samych, podać eksplanację swemu sumieniu, które niepewne jest przyszłości.
Sama idea Boga to wręcz patologiczny pomysł rozumu (tak, rozumu!), zwichrowanego pojęcia odpowiedzialności, wstrząsającego strachu! To także próba kreacji systemu, który zapewniłbym rozwój – 'żyjmy, rozwijajmy się, nie zabijajmy się i jednoczmy w Bogu by tworzyć siebie, by być bezpiecznym', ale też 'czujmy bicz piekła na karku, przerażenie, by robić, co nam karzą' – co sami sobie rozkazaliśmy! Bowiem wzięcie na siebie – na swe własne barki – odpowiedzialności za losy własnego gatunku – to nie przelewki, to wymaga odwagi, bohaterstwa, woli i umiejętności korygowania swojego postępowania, która nieraz ugnie się pod łańcuchem prób i błędów, z którego zmuszeni jesteśmy się wyzwolić. Lepiej zwalić wszystko na Boga, na Diabła, na głupie przeświadczenie o niższości człowieka, o jego podłości – chrześcijaństwo woli pokutować i cierpieć za to, że ludzkość cierpi, woli pomstować i nękać się samo za swoją własną niedoskonałość! I to jest zbrodnia, ohydztwo i fałsz – karać się za naturę, miast ją kształtować, miast poznawać – miast doskonalić się i żyć!
To jakakolwiek religia, to najczarniejsza tępota, najbardziej bluźniercze gówno jakie kiedykolwiek pojawiło się w naszym umyśle – marnotrawić egzystencję za to, że życie kończy się śmiercią, za nieumiejętność pogodzenia się z rzeczywistością, za bycie człowiekiem!, a nie Bogiem, do stanu którego każdy chce dojść! A w którym OBECNIE nie potrafiłby wytrzymać – jak wielka rewolucja naszej moralności musiałaby zajść by pogodzić się i wytłumaczyć sobie życie wieczne w przyszłości! Odkrywanie wszechświata, genetykę – tworzenie własnego ciała – panowanie nad sobą! Obłąkańcze przerażenie wynikające z tego to efekt niezdolności przystosowania się do takowych warunków, to nieelastyczność, to kolejna skończona gałąź ewolucji.
I jakże monumentalna wręcz hipokryzja, idiotyczne zestawienie kłamstwa, pragnień i tłumaczeń – czego wyraz mamy w Biblii, tej książce historyczno-fantastycznej, która stanowi – doprawdy marny – fundament cierpiętników. Na dodatek jak kretyńsko oczywisty w swych intencjach: (Księga Izajasza, 26; 4.-6.) „On bowiem powala tych, którzy mieszkają wysoko, w mieście wyniosłym; poniża je aż do ziemi, rzuca je w proch, i depcą je nogi, nogi nędzarza, kroki ubogich”, ponieważ (Księga Psalmów, 94, 1-3; 23) „Bogiem pomsty jest Pan, Boże pomsty, ukaż się! Powstań, Sędzio ziemi, Oddaj pysznym to, na co zasługują! Jak długo bezbożni, Panie, Jak długo bezbożni radować się będą?” (nawet już pośmiać się, psiakrew, nie można) (…) „On odpłaci im za niegodziwość, A z powodu złości wytraci ich; Wytraci ich Pan, Bóg nasz.
A jeszcze grzech pierworodny? (Ewa, to cwana suka, wybrała i skusiła Adama, by poznał Poznanie; jednakże Bóg się iście wzburzył, iż mu konkurencja rośnie, że ludzie, którymi włada nie będą debilami – że zmądrzeją – więc wygnał ich z raju. Czy jest bardziej ewidentny przykład na to, czego najbardziej boi się religia? Rozumu i nauki!)
Nowy testament także lśni jako ostoja krwiożerczej tępoty. (Ewangelia św. Mateusza, 10; 34.-39.) „Nie mniemajcie, że przyszedłem, przynieść pokój na ziemię; nie przyszedłem przynieść pokój, ale miecz. Bo przyszedłem poróżnić człowieka z jego ojcem i córkę z jej matką, i synową z jej teściową. Tak to staną się wrogami człowieka domownicy jego. (Zaiste!) Kto miłuje ojca albo matkę bardziej niż mnie, nie jest mnie godzien; i kto miłuje syna albo córkę bardziej niż mnie, nie jest mnie godzien. (Sekta pełną pytą.) I kto nie bierze krzyża swego, a idzie za mną, nie jest mnie godzien. Kto stara się zachować życie swoje, straci je, a kto straci życie swoje dla mnie, znajdzie je.” A ktokolwiek dziwi się terrorystom-samobójcom? Przecież oni są jedynie wierni swym przekonaniom, które wpoili im ich poronieni rodzice oraz kultura! Ba, z ich perspektywy to z pewnością godne, zginąć dla 'sprawy'.
(Ewangelia św. Mateusza, 23; 1.-7.) „
Wtedy Jezus przemówił do ludu i do uczniów swoich tymi słowy: Na mównicy Mojżeszowej zasiedli uczeni w Piśmie i faryzeusze. Wszystko więc, cokolwiek by wam powiedzieli, czyńcie i zachowujcie, ale według uczynków ich nie postępujcie; mówią bowiem, ale nie czynią. Bo wiążą ciężkie brzemiona i kładą na barki ludzkie, ale sami nawet palcem swoim nie chcą ich ruszyć. (No, czasem ruszą – wierne dzieci na spowiedzi – i to nie tylko palcem...) A wszystkie uczynki swoje pełnią, bo chcą, aby ich ludzie widzieli. Poszerzają bowiem swoje rzemyki modlitewne i wydłużają frędzle szat swoich. Lubią też pierwsze miejsce na ucztach i pierwsze krzesła w synagogach, i pozdrowienia na rynkach, i tytułowanie ich przez ludzi: Rabbi. (A może Proszę Księdza? Ojcze?) Nikogo też na ziemi nie nazywajcie ojcem swoim; albowiem jeden jest Ojciec wasz, Ten w niebie.” Wniosek z tego nadmiernie jasny, że każdy ksiądz na ziemi to kłamca, debil, pierdoła i wyznaje wartości księgi, której ni cholery nie czytał – a nawet jeśli, zrozumiał tyle co schizofrenik – czyli nic. I żadnego mi tutaj sprzeciwu! Zadajcie sobie pytanie „What would Jesus do?” (Co zrobiłby Jezus?) No? Pamiętacie kawałek o mieczu, a nie pokoju? Hajda na wroga Pisma Świętego! Przecie faryzeusze! O przecie, na Miłość Boską, Papież! Cham i kłamca, karze się zwać – o trwogo! - Ojcem Świętym!
Jak widzicie, nic w tym nie ma, prócz najwyższej klasy głupoty. Mamy XXI wiek. Czy to naprawdę wszystko na co stać większość naszego świata?
Wreszcie, okłamujcie siebie samych i umierajcie – cytując klasyka, „I don't give a fuck”- nie musząc znosić KONSEKWENCJI tych makabrycznych idiotyzmów. Ale miejcie, że litość! Nie pieprzcie innym życia przez wasze własne urojenia!
Amen, cytując kolejnego klasyka, „Dżizus Kurwa Ja Pierdolę”.


środa, 7 kwietnia 2010

W dzisiejszym odcinku...

Jakoby gorzkiej rzeczywistości należy trzymać się kurczowo, a to, co przecie nie istnieje, słusznie skądinąd olewać. Niemniej, kiedy to przysłuchałem się pewnej rozmowie co gorliwszych wiernych, okrutnie nękających się diabołem paskudnym - jako realnym bytem - stwierdziłem, iż argument ten jawi się niewystarczającym.


Szatan (mniemam, iż przedstawiać nie trzeba? http://pl.wikipedia.org/wiki/Szatan). Otóż problem z nim mi wypełzł okrutny. Nie pojmuję go ni w czort. Rokita chędożony. Przeciwnik boży najsroższy. Buntownik doprawdy świętego ładu. Oskarżyciel bezwstydny. Cnotliwych wróg przebrzydły. Władca piekieł partolony, który gwarancję nam daje, jako jeśli skrzywdzimy bliźniego swego - Jahwe wiernego - nad wyraz, dajmy na to, palniemy go siekierą w czerep celnie, to męki nas czekają. Cierpienie po wieczność. Makabryczne gilgotki wesoło tańczącego ognia, które do świętobliwej apokalipsy trwać w torturach będą.

I tu niezgoda między nami wykwitła. No bo jakże to tak? Belzebub to zło najniższe, tak? Jasne i basta. A my, gdy uczynimy źle, czyli wedle owego Azazela czy innego Mefistofelesa dobrze, to kara nas czeka? Toć winna nagroda. Im gorszy uczynek, tym więcej nam szczęścia mus spłynąć. Inny postępek przeciw nawet najpierwotniejszej logice przeciwny. Toż to niby bluźnierca i Boga antagonista. Czemuż miałby armię swych - jakby nie spojrzeć - wyznawców niewolić oraz ciemiężyć? A nuż, zidiociał nam nieszczęsny? Do diabła - wziął i ocipiał? ;(

A może, cholernik skubany, sprzedał się od zarania dziejów? Podwójny agent! Zdrajca przeciw ludzkości, a nie Boga w takim razie!

Wniosek z tego prosty, że wszelkie biadolenie zmiętolonymi jęzorami kapłańskich filozofów w łeb wzięło! Wychodzi na to, że sam Skurczybyk Niebiański kizia nas, a mizia, swymi kaprysami obelżywymi. Paradoks zła w świecie stworzonym przez Pana czyjegoś, Najświętszego? Ot, odpowiedź wytrysnęła obficie. Bzdura i absurd kolejny, niech licho to weźmie i wyrżnie w sposób należyty.

A fu!

Straszność granic jednak nie ma. Skoro to urojenia, jak wierzą w to miliony? Jak widzą i czują na ramieniu swoim dotyk, wręcz lubieżne smyranie, widełek Posejdonowi skradzionych..? Gdy przerażenie dusi barbarzyńsko w nas rozsądek..
Dlatego strzeżmy się samych siebie, inaczej znów z jakiegoś iście banalnego powodu – jak niemożność ucieczki od cierpienia – wymyślimy sobie potwarz, którą nawet kupą nazwać nie lza, by nie obrażać tego przydatnego, użyźniającego tworu.

Przypisywanie znaczeń wydarzeniom, które nie mają najmniejszego znaczenia.
Już widzę, jak arcybiskupowi dostojnemu, po chwili niemocy w żeńskim klasztorze, wymykają się słowa – 'to złych mocy sprawka!'. Natura jeno! Najgorsze to, że mógł, nieboga, wierzyć w to męczeńsko, więc święcie.
A „zapchajdziurkiewicz”! (polecam przy okazji przekomiczne 'Sekscytacje')


środa, 24 marca 2010

W dzisiejszym odcinku...

Wynalazłem dawny film zwący się 'Le Sang des betes' z roku 1949 w reżyserii Georges Franju, którym chciałbym się podzielić z - poniekąd - świadomą społecznością racjonalisty.pl, mając także nadzieję, że nie tylko ja interesuję się najróżniejszymi aspektami ludzkiej egzystencji. W tym ubojem zwierząt. Bowiem, jako rzecze Biblia 'Uczyńmy człowieka na Nasz obraz, podobnego Nam. Niech panuje nad rybami morskimi, nad ptactwem, nad bydłem, nad ziemią i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi':

http://www.youtube.com/watch?v=QFAUA8_mfXs

(OSTRZEŻENIE! Film zawiera sceny, których nieletni winni nie oglądać - choć pewnie czym prędzej w takim razie click'ną w ten link - jednakże ostrzegam, nie każdy to 'przełknie'. Nawet co wrażliwszy - co wcale nie jest wadą - dorosły.)

I tak zastanawiam się, już nawet pomijając ohydę tego, co robi nasz rodzaj, by żyć - czy to absolutnie jedyne wyjście - ażeby jeden gatunek musiał rozwijać się kosztem drugiego? Wegetarianizm to nie odpowiedź, ewolucyjnie przystosowanego żołądka do mięsiwa nie zmienisz 'od tak', a wszelkie smęcenie o tym 'jakie to straszne i smutne', a następnie robienie tego co zwykle, również nie ma sensu. Czyli, że jak - mus pogodzić się z przeznaczeniem drapieżcy?
I jakie to sarkastyczne - dywagować nad cierpieniem tych istot - które niewątpliwie cierpią - by jutro zjeść choćby hamburgera. Ale najwyraźniej świat jest cholernie cyniczny. A my tacy 'humanitarni', jak choćby George Bernard Shaw, który do naukowców zwrócił się z prośbą o stworzenie 'humanitarnego' narzędzia, które pozwoliłoby 'bezboleśnie' likwidować 'gorszych'. No i dostaliśmy Cyklon B (tj. gaz używany w obozach zagłady). Czy naprawdę, choćby nie wiem jak mocne, przeświadczenie o 'wyższości' nad czymkolwiek co istnieje, daje nam prawo (a może tymczasowy przywilej?) do decydowaniu o życiu i śmierci - kogokolwiek?
Na to wychodzi. W takim razie zrozumiałe stają się mordy w imię wiary w jakąkolwiek wyświechtaną frazę. Albowiem skoro 'mój Bóg' jest po 'mojej stronie', to Tyś robaczek, a mym obowiązkiem Cię zdeptać na drodze do 'Królestwa Niebieskiego'..? A skoro to 'Bóg', tj. najwyższy, i na dodatek udzielający mi pozwolenia (gdzie, psiakrew, list uwierzytelniający do czegoś takiego..?!), to mogę sobie robić cokolwiek sobie.. Wytłumaczę..? Chyba o to chodzi - o wytłumaczenie zbrodni. Tak, by sumienie nie gryzło.
Sądzę, że to warte przemyślenia. I dlatego napisałem to, co powyżej.

Bo przecież warto dążyć do dobra.
Prawda?

(Wiem, że nie rozpoczyna się zdania od 'bo' - ale ja lubię.)

środa, 17 marca 2010

W dzisiejszym odcinku...

O propheta, certe penis tuus cælum versus erectus est” (O proroku, twój penis wznosi się pod niebiosa!)

Ali ibn Abi Talib wykrzyknął te oto słowa po śmierci Mahometa
(anegdota przypisywana Abu al-Fida, zrelacjonowana przed Edwarda Gibbona w dziele 'Zmierzch i upadek cesarstwa rzymskiego').


To doprawdy godne podziwu, jak niesamowicie zaskakujący potrafi być świat. Do tej wiekopomnej chwili sądziłem, iż śmierć przez powieszenie, bądź też samobójstwo, kojarzyć się musi wyłącznie z paskudnymi znamionami pośmiertnymi, ohydnymi grymasami spowodowanymi - dajmy na to - rigor mortis, które potrafi wykrzywić denata w sposób zupełnie nieprawdopodobny. A jednak, zaiste, nawet nasz własny, tak bliski sercu organizm, potrafi wykazać się niespodziewanie czarnym humorem, i to w momencie, gdy najmniej byśmy się tego spodziewali. Erekcja pośmiertna. Brzmi równie intrygująco co cierpienie orgazmu. Mimo to i jedno i drugie ma miejsce w czasie (?) i przestrzeni (?) naszego świata. Otóż, jak informuje nas to i owo - najprawdopodobniej gwałtowna śmierć ma niebagatelny wpływ na narządy płciowe, bowiem 'u kobiet obrzękają wargi sromowe i możliwe jest uwolnienie krwi z pochwy; u mężczyzn natomiast w jednym na trzy przypadki następuje bardziej lub mniej całkowita erekcja penisa oraz uwolnienie moczu, śluzu lub spermy'.
Boskie, nieprawdaż? Błędnie mniemałem o pewnym podnieceniu i gorących wypiekach na twarzach i genitaliach ludzi, którzy zgotowali taki los innym, jak to np. miało miejsce w szeroko reklamowanych atrakcjach, raptem parę wieków temu, wśród cywilizowanego - poniekąd - społeczeństwa.
I teraz wyobraźmy sobie konkretną sytuację - wkraczamy do jakowegoś pomieszczenia, a tam trup. Potężna belka podtrzymuje na porządnej linie nieboszczyka, który wisi. Wisi, a mimo to stoi.
Czy to bluźnierstwo? Skądże. Rzekłbym, iż to pierwotna reakcja na uścisk móżdżka, coś w pełni zwyczajnego. Dawno odeszła w zapomnienie koncepcja, iż to czego nie potrafimy sobie wyobrazić, nie ma prawa bytu - wręcz przeciwnie nieraz. Wszakże przeciw komu ona niby popełnia herezję? Cywilizacji. A czym jest nasza cywilizacja? Wedle wielu źródeł, jak np. fascynującej książki autorstwa Michel'a Onfray'a (pod tytułem 'Antypodręcznik Filozofii'), oraz przedstawicielom tej zacnej sztuki tam przytoczonym - jawi się tłumieniem popędów. Niweczeniem naszych ograniczeń, które są bezsprzecznie naturalne, coraz większą żądzą kontrolowania świata - miast być tak podatnym kaprysom rzeczywistości.
Nie umiemy latać? Od czego intelekt, który wykreował samolot. Nie umiemy pływać? Zgłębimy najczarniejsze mroki oceanów. Umieramy? Przestaniemy. Zdaje się, że to pragnienie wieczności napędza obecną inżynierię genetyczną. Rad z tego jestem niewysłowienie. Wszystko bowiem wskazuje na to, że czeka nas kolejna rewolucja technologiczna, która zmieni kompletnie obraz naszego świata - zakładając, że dotrwamy do tejże chwili. Genomy. Ciemna materia. Niedawne odkrycie na Antarktydzie organizmu, który niby nie mógł przetrwać w tak skrajnych warunkach. Teoria strun? Wieloświaty, tzw. multiversum? Fizyka kwantowa..?
Zaprawdę, nadejdzie taki czas, iż bezczelnie stojący kutas po śmierci stanie się najmniej dziwnym zjawiskiem, które znamy.
Musicie zdawać sobie także sprawę, z kwestii tego, jak wiele problemów etycznych i praktycznych nastręczy ów czas. Czy będziemy mogli ingerować we wszystko, tylko dlatego, że potrafimy - że mamy taką możliwość..? Przez pewien czas, raczej tak. Później jednakże mus nam będzie wypić, co do kropli, nie tyle piwo, a truciznę, którą sobie upichcimy. I to duszkiem.
Ażeby unaocznić me obawy związane z wchodzeniem jakże żywego prącia możliwości naszego gatunku - wszędzie, gdzie się da - przedstawię parę przykładów, które na poczekaniu wymyślę: najdoskonalszy aktor porno, który zdoła dzięki dwudziestu jeden nigdy nie opadającym penisom zadowolić dwadzieścia jeden kobiet - jednocześnie; antyczny Ikar, ze skrzydłami orła, łuskowatymi nogami i pierzem zamiast włosów, latający nad miastem w nowym parku rozrywki; kwintesencja doskonałości, umysł jakowegoś geniusza w gadoidalnym ciele o uzębieniu raptora, a instynktach najdoskonalszego drapieżcy; istota o skórze kameleona, szybkości geparda i zwinności pumy - zwiadowca perfekcyjny; a może połączenie kobiety i mężczyzny w antyczną całość, samowystarczalną ideę z krwi i kości?
Jakże wtedy traktować, jak odnosić się do tych ludzi.. a może zwierząt? Zezwierzęcony człowiek czy uczłowieczone zwierzę? Bestia? Bóstwo? Bóg?
Oczywiście, że tak. Potrzeba matką wynalazków. Ażeby kontrolować własne twory, człowiek będzie musiał stać się bogiem. A i tak, na tym poziomie, który z całego jestestwa chciałbym, ażebyśmy osiągnęli - znajdzie się coś, czego natury dopiero będziemy się uczyć, a także zjawiska, których nigdy nie braliśmy pod uwagę, jako rzeczywiste.
A jako, że głupota wieczną jest i basta, nadejdą katastrofy o skali niedającej się zmierzyć niczym, co znamy.
Nieskończoność. Krąg, który nie ma ujścia? Bez różnicy. Ledwie musnęliśmy wiedzę o nas samych, o wszechświecie.
I to właśnie pokora winna zostać tym, co charakteryzować MUSI ludzkich bogów.
Homo deus? No ba.

Michel Onfray wprowadza także w sposób subtelny i uzasadniony zasadę ostrożności - czy też zasadę zakazu - odnośnie takowych eksperymentów. Postuluje, iż znaleźliśmy się na granicy, której nie lza nam przekraczać, jako, że wpływ na ludzkość nas samych ma szanse stać się zagładą naszego cennego (z mego, ograniczonego punktu widzenia) gatunku.
Najprawdopodobniej Jezus Chrystus widząc obecny świat przepełniony elektrycznością, nowoczesnością, drapaczami chmur i tym podobnymi rezultatami ludzkiej działalności, stwierdziłby - tuż przed samobójstwem - iż nastał koniec świata.
Ale tak się nie stało. Istniejemy. Kto wie, czy to nie największe przekleństwo, zwłaszcza, jeśli mowa o nieumieraniu nigdy.
I, jakby ktoś nie spostrzegł owego przyziemnego faktu, to postęp sprawił, że przetrwaliśmy tak wiele. Postęp, to wynik naszego mózgu. Wyrzec się progresu, to jak odmówić posłuszeństwa rozumowi. Widząc też, jak wielkie zagrożenie stanowi broń atomowa, biologiczna oraz chemiczna, ja, osobiście, postuluję, ażebyśmy czym prędzej zabrali się kolonizację kosmosu.
Ni cholery mi się nie uśmiecha przebywać z tak ckliwie tykającą bombą wodorową (czy hadronową). Chędożyć radośnie genetykę - kiedyś, gdy będziemy mieć planety we władaniu, stworzymy sobie kontrolowane zoo, w którym do woli zdołamy eksperymentować - kto wie, może sami takowym psikusem jesteśmy..?
Ejże, naukowcy - hajda za drogę mleczną! Najpewniej też, dla innych, niewątpliwych kultur gdzieś hen, daleko, za gwiazdami i galaktykami, w ich oczach (zakładając optymistycznie, że takowe posiadają) staniemy się niczym monstrualnie niekontrolowana zaraza.
A my po prostu będziemy uciekać przed sobą.

Dziwy nad dziwami.


piątek, 26 lutego 2010

W dzisiejszym odcinku...


Gdyby ludzie rozmawiali tylko o tym, co rozumieją, zapadłaby nad światem wielka cisza.”

Albert Einstein




Po stosunkowo dłuższej przerwie w mej swoistej twórczości, zabieram się znów do podjętego działania, tj. wtłaczania swych przemyśleń w tryby internetu. Powód mej nieobecności winny być zrozumiały, jako, że była to sesja (i późniejszy związany z tym konieczny, szeroko pojęty relaks). Niemniej, przechodząc już do sedna:

… zastanawiałem się ostatnio nad czasem, w którym przyszło nam żyć, owym jakoby przełomowym XXI wiekiem, w którym obok Wielkiego Zderzacza Hadronów (dla nieznających tego pojęcia – http://pl.wikipedia.org/wiki/Wielki_Zderzacz_Hadron%C3%B3w), możliwości odkrycia tzw. 'boskiej cząsteczki', która hipotetycznie zaistniała sekundy po Wielkim Wybuchu, wciąż zdecydowana większość naszego społeczeństwa potrzebuje tak fascynującej – i przerażającej zarazem – autosugestii, jaką jest religia. Wciąż widoczna jest prawdziwie ciemna masa (w opozycji chyba do 'ciemnej materii'), która w ich mniemaniu daje coś w rodzaju przyzwolenia do uważania się za pępek tego wszechświata. Czyżby..?
Rzućcie okiem na wirtualny, nieskończenie niepełny, a mimo to zdumiewający i – mej skromnej osobie – zapierający dech w piersiach projekt znanego wszechświata; widowisko, które powinno zostać pokazywane na każdej szanującej się lekcji jakiejkolwiek szkoły, coś, co godne jest jakże drogiego czasu antenowego, miast reklamy najnowszego, de facto niezbędnego dla naszej marnej egzystencji, papieru toaletowego.

http://www.youtube.com/watch?v=17jymDn0W6U

I przechodząc obok obojętnie jakiego wyznania świątyni, widząc napis w stylu 'Jestem drogą do Twego zbawienia', wybucham gromkim, gorzkim śmiechem, a następnie zastanawiam się, zastanawiam długo, jak to możliwe, jakim niewyobrażalnym cudem, tak wielu ludzi pragnie tak mało wiedzieć, ba – dlaczego nawet widząc na własne oczy, nie chce nie tyle uwierzyć, a przyjąć do wiadomości, pojąć, a nuż – na spazmatyczne orgazmy wszystkich bogów razem wziętych – zrozumieć..?
Bowiem, widzicie państwo, jesteście – w tym gronie i ja – niczym, niemal niezauważalną drobinką kurzu. A powiedzcie, zakładając, że potraficie wczuć się w ową sytuację, gdy hipotetycznie pędzicie przez przestworza samolotem, to czy myślelibyście o tym..? Drobinek kurzu na ziemi jest – szczerze rzekłszy, pojęcia nie mam ile, ale przyjmijmy, że – centylion. I czy spośród którejś z nich, w wyżej wymienionej sytuacji, potrafilibyście pomyśleć o tej jednej, konkretnej, ba, spróbować wysłuchać gorących modlitw takowego maleństwa, a może w litości objawić się i stworzyć sobie wianuszek wiernych, pod wezwaniem św. Odkurzacza..?
Nie zapominając o fakcie, że inni Twoi znajomi gnający z Tobą po niebie, wzięliby Cię bez wątpienia za zdrowo szajbniętego, wiedząc, iż chcesz porozumieć się z kurzem. Postawcie się na miejscu swego Boga – nie zawstydzajcie go wymaganiem absurdalnego.
Prócz tego, to zrozumiałe, dlaczego kościół tak ostro broni się przed wiedzą. Zauważyliście, że im więcej wiemy tym – paradoksalnie – zdajemy sobie sprawę z faktu, iż w rzeczywistości coraz mniej znaczymy..? A ów wiadomość naprawdę niweczy zapędy 'monopolu na zbawienie'. W obecnej erze kwarków i kwazarów (przesadziłem – początkowej fazie jakiegokolwiek zrozumienia), jestem wręcz zdruzgotany niewiarygodnie debilną postawą wielu z nas. Co gorsze, to nawet nie bywa w większości ich wina – a ludzi, którzy w swej pysze obrali jedynie słuszną drogę, sadowiąc się wygodnie na tronie żałosnej i nieznaczącej w gruncie rzeczy władzy, wpajając pewien sztywny i konserwatywny styl bycia, nie dając możliwości różnorodności, która to jest fundamentalną podstawą znanego nam świata i istnienia. A obojętnie jaka władza w mej idealistycznej wizji winna być jedynie gwarantem rozwoju danego gatunku, interweniująca wtedy, gdy z chaosu teorii oraz praktyki, coś prawdziwie może nam zagrozić, jako rodzajowi. Ale znów, po czym stwierdzić, co jawi się niebezpieczeństwem, a co postępem..? Zwłaszcza w świecie, w którym to – wedle słów Stanisława Lema (to jest dopiero autorytet, a nie, do kurwyż nędzy Britney Spears czy Doda) – progres został zaprzęgnięty na rzecz regresu.
I oto pytanie, jak sięgnąć gwiazd (mdli mnie, że muszę dopisać) wszechświata (albowiem jedna z drugim, jeśliby dotrwał do tego momentu, mógłby 'pomyśleć', że piję do 'Tańca z gwiazdami'), skoro sporo z nas woli te na 'pudelku'. No jak?!
Ignorancja wynikająca z niewiedzy, poparta pewnością siebie i motywacyjnymi książkami, zmiecie ludzkość z powierzchni – bez znaczenia jakiej – planty.
Dlatego taki nieśmiały apel, kierowany do bez mała wszystkich, ażeby zmienić priorytety kierujące czyjąkolwiek drogą życiową, z tych zaściankowych, małych, na jak największe, ale bez tragizmu, albowiem komizmem zajeżdża nieprzyjemnie, gdy ktoś z powodu odkrycia miałkości istnienia, szlachetnie podcina sobie co trzeba. No, chyba, że właśnie w ten sposób funkcjonuje całkiem ostra selekcja naturalna. Nie sposób sprzeczać się z naturą.

Tak na marginesie. Natura. Ciekawym iście, czy byłbym za nią, gdyby ewolucja wzięłaby się i stwierdziła, iż gatunek ludzki się 'przejadł', a więc czas na 'upgrade'. Ho..! I tu był haczyk, ponieważ wiecie co? Natura traktowałaby mnie gorzej niż ten nieszczęsny pyłek kurzu. A o mym zdaniu nawet nie wspominam.




piątek, 8 stycznia 2010

W dzisiejszym odcinku...

Ciąg dalszy..

Grozą napawa nas zło. Jakiekolwiek: małe - nieistotne, średnie - wybaczalne, ogromne - ciągnące się przez pokolenia, a zależące od zapiekłości oraz mściwości ludzkiej. I choć nieugięcie odchodzę od głównego wątku, chciałbym bezczelnie zaznaczyć, iż zdaję sobie z tego sprawę. Jednakże, mając do czynienia z ludźmi światłymi śmiem mniemać o zaakceptowaniu tego skromnego szczegółu. Niewzruszenie kontynuując... Istnieją - i mają się wręcz przecudownie - konfundujące zależności targające posadami tego świata. Począwszy od zarania dziejów nasz gatunek milionami teorii stara się rozgraniczać, dzielić, by w końcu niepodzielnie władać przeróżnymi zagadnieniami dotyczącymi niemalże wszystkiego. Tak naprawdę, jasna grążela wie, po co. Wynikiem tak usilnych starań ogromu naszych bliższych bądź dalszych pobratymców są głębokie sprzeczności żarłocznie gryzące się chociażby w moich trzewiach. Nie sposób mi tego zmienić, lecz hańbą, a i głupotą, byłoby ich nie zauważać. A można je przecież przedsiębiorczo wykorzystać...
Takie jak wyżej działania prowadzą do zadziwiająco groteskowych zjawisk. Bluźnierczy, lecz cwany paradoks: z imieniem Stalina na ustach wyrżnięto miliony, spowodowana propagandą, potrzebą oraz głupotą rzeź na masową skalę, okrzyknięta - zgodnie zresztą - przez wszelkie narody jako jedno z największych bestialstw współczesnych czasów...; w imię Jezusa Chrystusa bezlitośnie i z uśmiechem na ustach nabito na pal, spalono, wymordowano o stokroć tysięcy więcej (Bogu ducha winnych, najwyraźniej) ludzi, a mimo to – czcimy go. W każdej szkole, instytucie, budynku znajduje się ikonka z Jego podobieństwem, widać plakaty, tylko ładniej nazwane, mówiące „ufam Tobie...”. Ale dlaczego? Zgodnie z chrześcijańską (?) logiką (?!) syn Boga, mając na sumieniu tak niezliczoną liczbę straconych (może się mylę, może odkupionych!) dusz, winien znajdować się w osobnym, nowym kręgu piekła. Czy za pięć pokoleń, gdy społeczeństwa zapomną o wojnie, znów skoczymy sobie do gardeł, tyle, że tym razem bronią tak wyrafinowaną, tak destrukcyjną, iż w końcu nic się nie ostanie? No cóż, coś się kończy, coś się zaczyna***... Prócz głupoty. Ta trwa wiecznie. Ot, ironia...
Następny paradoks, kolejna paranoja: czysty rozum oraz czyste uczucie. Do tego jeszcze czysta rasa, czyste sumienie, czysta karta („tabula rasa”), czysta krew, czystki, czystki, czystki... Zaiste, to taki przerażająco antropogeniczny rodzaj doboru naturalnego, czy może po prostu lubimy maniakalnie, by nie powiedzieć – obsesyjnie – sprzątać, z przemożonego poczucia winy, że naśmieciliśmy...?
To krępujące, jednakże – ja wolę brudne! A niech miesza, łączy, szumi, a wybucha. Skoro z tego powstaliśmy, niech tak się stanie! A nuż wyjdzie, może coś dobrego, jak człowiek (zakładając pozytywność naszego istnienia)...
Karkołomnej, a jakże, próby scalenia przeciwnego podjął się C. K. Norwid w swym uroczym dziele „Assunta (czyli Spojrzenie)”. I choć zgodnie z zaleceniami wstępu utwór ma być poematem miłosnym, bardziej natury jest filozoficznej oraz aluzyjnej niźli sercowej. Najstarszy niejako z romantycznych, wielkich poetów doświadczony został trudnością życia w samotności, która zadecydowała o wielkiej sile, jak i dojrzalszym sposobie myślenia. Istnieje ciekawa zbieżność, bowiem przypatrując się biografiom skonstatowałem, że jedynie Mickiewicz znalazł spełnienie z niewiastą, a także wymowne rezultaty w postaci sześciorga dzieci. Słowacki, o ile wiadomo, takiego szczęścia – lub też przeciwnie, kwestia gustu – nie miał. Cyprian przeżywał miłość wielką, lecz tragiczną, bo niedokończoną, jednostronną. Możliwe, iż dlatego jego twórczość zbliżona była bardziej parnasizmowi oraz klasyce. Z tego też powodu można w niej znaleźć różne wątki, poświęcone czy to walce z materializmem, utylitarystycznym traktowanie człowieka bądź wyłącznie duchowemu kultowi. Zawarł owe myśli w wyżej wspomnianym poemacie, traktując równorzędnie i przydzielając im swych przedstawicieli. Mamy więc „przwódcę-górników” skupiającego się na dobrach doczesnych, jak również mnichów na tych zupełnie odmiennych. Złotym środkiem okazuje się być tytułowa bohaterka, córka ogrodnika, który w momencie swej śmierci powierza naszemu jedynemu narratorowi piecze nad swym bezcennym skarbem, mianowicie – ją – biedną dziewczynę oniemiałą okropnościami świata, symbolizującą milczącą sztukę. Uczucie do niej staje się próbą połączenia tego co emocjonalne z rozumnym. Inaczej niż u poprzedników, autor niemalże od niechcenia kreśli akcję, której finałem jest śmierć Uniesionej (Assunty), a skoro pozostaje w niej wiele niewiadomych, interpretuje się ją aluzyjnie jako tryumf zła, fiasko szczytnej misji. Prócz owych czterech pieśni istnieje jeszcze wstęp oraz dość zaskakujący przypis. Wg niego starożytni od najdawniejszych po całkiem niedalekie, aż do chrześcijańskich czasów, nie przedstawiali postaci człowieka spoglądającego ku niebu. Motyw ten miał mieć miejsce dopiero od pamiętnego wniebowstąpienia, które rzekomo okazało się wystarczającym powodem dla artystów, aby w końcu ruszyć nieruchome gały ich tworów w kierunku upragnionego raju... Owe wielkie odkrycie zostało umieszczone w marnym przypisku z jasno określonego powodu – dostojni duchowni oraz wykwintni naukowcy najzwyczajniej w świecie znieważyliby i stracili tenże dar. Skoro jednak przeoczyli tak 'oczywistą oczywistość' przez dwa milenia, udowodnili swą niekompetencję...
Tymczasem przeczesując internet w poszukiwaniu spojrzenia ku Piekłu ('Dołowi') w wykonaniu antycznych, odnalazłem wiele ciekawych, lecz nie ostentacyjnych gestów, które przemawiałyby raczej za oglądaniem 'wokoło'. Smutną nowiną jest za to brak jakichkolwiek ważniejszych przedstawień w sztuce związku dwojga. Wydawać by się mogło, iż uczucie to przekracza ramy zwykłego obrazu... oraz rzeźby. Lub też po prostu 'sieć' nie należy do przyjaznych środowisk 'czystej' miłości.
A muzyka? Namiętnie wsłuchuję się właśnie w te piękne, magiczne pieśni, inspirowane 'mrocznymi wiekami', pełnymi urzekającej, namacalnej, zmuszającej do wyrwania się z okowów swoich codziennych wyobrażeń i sięgnięcia wgłąb siebie... Tęsknoty...? Tak, z pewnością tęsknoty, pragnienia, żądzy poznawania, doznawania... Romantyczność, reakcja na wszechwiedzące, niepozostawiające złudzeń oświecenie, gdzie niepodzielnie tryumfuje, zdawałoby się, pewny rozum. Bunt sam w sobie, jako makabrycznie głupi odwet mający na celu zlikwidowanie 'przeciwnika' jest karygodnym błędem. Należy z pełną świadomością wykorzystać wiedzę przodków, nie ignorować. Naturalizm? Dlaczego nie... Tyle, że mózg również został nam ofiarowany przez naturę, więc wyrzekać się go nie warto.
'Druga połówka', sugerująca jakoby kiedyś, gdzieś tam, byliśmy hemafrodytą, jednocząc się ponownie, odnajdując na wieki, tworząc doskonałe. Jednocześnie, to takie ubezpieczenie, dające nadzieję, iż każdy, całkiem i bez wahania każdy, ma szansę odkrycia, złączenia bolących, oderwanych od siebie serc. Być może podróż jest odpowiedzią? W żyłach wielu z nas płynie ta pradawna, nieuleczalna choroba konkwistadorów, odkrywców, pielgrzymów wędrujących skądś dokądś, ciągle w trudzie, roniąc łzy i przelewając krew, miłując i nienawidząc, wszystko po to by nie przeżyć jedynie, a żyć jak nikt nigdy! Przytoczone wcześniej zapytanie i frustracja, odnośnie wystawiania na próbę więzi damsko – męskich... Prócz poznania siebie, tej drogi, która ukaże nam w końcu swe granice, musimy jeszcze – na to wychodzi – dowieść wartości drugiej osoby? Całkiem nieświadomie oraz z sercem na dłoni? Ryzykownie. Szczególnie, jeżeli nas 'przejrzy'.
Marzenie, siła napędowa – któż mu się oprze? Widząc chabrowe, przesączone gdzieniegdzie purpurą niebo, rozświetlone pojedynczymi promieniami przebijającego się z rozkoszą słońca - wiszącego nisko nad horyzontem złotego kręgu - wznosząc się jednak, budząc do życia, przyjemnie penetrując nagie drzewa otulone miękką mgłą, sunącą subtelnie nad ziemią... Słychać cichy szelest poruszanych liści, nieśmiałym jeszcze, wiatrem. Pierwsze dzielne ptaszki zaczynają wygrywać swą codzienną, wyjątkową symfonię, w końcu rozśpiewują się kompletnie. Dramatycznym przerywnikiem jęczy żałośnie sarenka, capnięta niedaleko przez sforę wygłodniałych, nie mających wyboru wilków, tych większych oraz mniejszych. Czuć tą całość, nozdrza raczy delikatna woń mokrego rosą mchu, wiejąca z południowego stoku lśniącego poranną łuną skał. Obok leży, owinięta ciepłymi, grubymi kocami ukochana osoba, z lekko przechyloną, mieniącą się kaskadą niesfornych włosów, głową. Spracowanymi wczorajszą wspinaczką dłońmi obejmuje, ściska z uczuciem twe...
Upojenie chwilą, ulotną, przemijającą, jak wszystko, tyle, że znacznie szybciej. Esencją romantycznego uczucia jest więc zapomnienie? Absolutne oddanie swej duszy, ciała i umysłu w niepewne ręce przeznaczenia? Zaufanie, niepodważalne, mogące góry przenosić, rany leczyć... Ludzkość zawsze jednak lubowała się w mroczniejszych stronach, szczęściu swym, bez względu na wiele, a czasem nawet wszystko. Autorzy nader trafnie układali więc sytuacje, nie wchodząc zbytnio w mierne 'szczgóliki', skupiając się wyłącznie na potędze miłości. Odgraniczając z dziecinnych powodów ciemniejsze, bardziej przyziemne przeszkody. Wtedy te wrzące, piękne uczucie nie byłoby już bowiem tak wspaniałe, wychuchane i wypieszczone. Przerażałby patologiczny egocentryzm, budząca trwogę chęć podporządkowania drugiej osoby, mierziłaby myśl o spędzeniu całego życia z „persona non grata” danego serca.
Poza tym... Ah, panowie, nie oszukujmy się. Kobieta, niewiasta, potomkini spienionej Afrodyty, w głębi swej lubieżnej, matczynej, a także rozkochanej w szaleństwie duszy, potrzebuje miłości. Nieokiełznanej jak huragan, potężnej niczym mięśnie mocarnego, biblijnego Samsona oraz oparcia, siły, która równocześnie ją pokieruje, ochroni, tak, by znów była w całej swej okazałości piękna i niewinna. A tego, płaczący (nadmiar goryczy, cierpienia wylewać w postaci łez należy; ale niech to będzie choć sensowny nadmiar) z swoich własnych, wewnętrznych klęsk, romantyk pełną, że się tak brutalnie wyrażę, gębą, jej nie da. Musiałby wpierw uporać się z samym sobą, a nie każda chce czekać tak długo. Jak smętnie, lecz z charyzmą śpiewa wykonawca 'Metallica'y: „it's sad, but true”.
Adekwatnym przykładem na jakość romantycznego uczucia zdaje się być Reynevan, bohater 'trylogii husyckiej' autorstwa A. Sapkowskiego. Nie dość, że pała nieposkromioną żądzą oraz, rzecz jasna, uczuciem do kuszącej Adeli von Stercza, wykazując przy tym szereg cech charakterystycznych dla tego rodzaju choroby psychicznej (jak obłęd, głupota, rozsądek gdzieś daleko, umysł zapomniany w odmętach wspomnień), to jeszcze lata – równie intensywnie – za spódniczkami niczym pies za samochodami, wystarczy, że przejedzie jakiś obok. Jednakże, z czasem dojrzewa. Lecz to już zupełnie inna bajka.
Ogólnie rzecz ujmując romantyzm to pogoń za obłym kształtem we mgle, nie dostrzegając sensu, ale z 'czystej' właśnie, ciekawości. Przebieg takich poszukiwań już znamy. Wieszczowie przygotowali za to alternatywne zakończenie. Kiedy nasze pędy kuszących wyobrażeń zwiędną, myśli zemrą, wciąż pozostaje nam miłość, do ojczyzny tym razem. Istotnie, chciałbym by kraju bronili ludzie bez serca, z zszarganym postrzeganiem rzeczywistości (walczyliby w każdym piekle), w dodatku egoiści. Z taką armią zapanowalibyśmy nad światem! (~ironia~)
Niestety, ten samobójczy pościg za szczęściem i spełnieniem rozumiem. W epoce, której wytworzył się ów nurt literacki wesoło przecież nie było. Uciśnionych bito, kobiet nie doceniano, nie rozumiano; mimo swych starań, nie znalazłem opisów romantycznej miłości w wykonaniu płci pięknej, a skoro jej się rzecz tyczy, niech się wypowie, nawet aluzyjnie, parabolicznie, ale odkryje tajemnicę! Tyle dobrego mogłoby dla obydwojga wtedy wyjść... A tak, mężczyznom najwidoczniej pozostała desperacja i własne ego. Ignorancja i poddawanie się zabija. Przezwyciężyć je, to pokonać swe własne, ludzkie granice.
A z czego wynikały te tak bezceremonialnie widoczne błędy tamtych lat? Jak nader często – z niewiedzy. O właściwościach i zastosowaniu psychologii, anatomii oraz – bez szemrania – ars amandi nie zostali, wskazują na to poszlaki, uświadomieni. Jedyne, co mogli zaoferować to eksplozja oszałamiającego uczucia, znikająca równie nagle, jak się pojawiła. To dać mógł każdy. Niewielu jednak dałoby radę tak ciągle w nieskończoność...
Zaintrygował mnie za to jeden szkopuł. Skala. Romantyzm nie ograniczał jej, pozwalał rosnąć do rozmiarów nierzadko obsesji. Tak wstrętnie monstrualnej, obrzydliwie bezbożnej, że aż wciągającej. Chorej. Spaczonej... Która w swej wielkości wszystko miała za nic. Niebezpieczny, szkodliwy dla ludzkości to mógł być kierunek... Radością za to dla ogółu, był fakt, iż tragedie takie nie tknęły ludzi o większej zawziętości, którzy w swą ponurą zemstę włożyliby tyle samo siebie ile w poprzedzającą ją miłość. Wszakże ból, wg tych zakurzonych, starych ksiąg, nie tylko zabija, lecz – niekiedy – odradza. A postać z tego stworzona światu, ni nikomu, miła by być nie mogła...
Ja sam przecież, niepewien jutra, chciwy spełnienia snów, które są bliskie memu sercu, mogę nie ustrzec się przed cierpieniem. W razie czego, zechciałbym przyjąć je z godnością, by pełen pychy i arogancji, wyśmiać je, jak zwykle. Ale myślę, myślę usilnie, długo i owocnie, a dobrze zaplanowana akcja, to połowa sukcesu. Poniekąd.
Wciąż, niemalże wszyscy pragną kochać z wzajemnością, cieszyć się beztroską i wspierać w trudnościach. Rozwiązaniem staje się więc umiar, nierówny każdemu, ale zależny od cech danego człowieka. Wbrew pozorom i przesłankom, niektórzy nigdy nie doświadczą tego najważniejszego z palety uczuć przeżycia. Dlatego raz znalezioną winno się pielęgnować oraz cenić, rzecz jasna, kiedy ma się pewność. Tego nikt się nie nauczy, trzeba to czuć. By później rozumnie wykorzystać...
Co z tego! Nie przewidzisz miłości, dzikich harców strumienia, którym podąża, ale... czy nie dlatego jest tak niezwykła? Bezcenna i wyjątkowa? Czy nie warto (przenośnia) spaść do samych plugawych stóp Szatana by wzbić się któregoś dnia aż po promieniującą wszechmocą aureolę Boga (/przenośnia)? Jak cienką granicę stanowi dziś moralność, jak życie nie przypomina szachów, gdzie wszystko jest czarne lub białe, a pola kwadratowe? Kiedykolwiek tak w ogóle było...? Jeśli czytający te słowa, choć przez chwilę się zastanowił nad tym problemem, znak to niezawodny, iż również ma gdzieś w sobie, ukrytą, skrywaną, zaklinowaną tęsknotę za całkowitym obłędem... Za tym by rzucić wyzwanie przegniłemu, ohydnie spasionemu Przyzwyczajeniu, które jest prawdziwym wrogiem miłości...!
Tym akcentem zakończę, bez ceregieli, tą interesującą podróż wgłąb swych własnych, nieujarzmionych przemyśleń, a która niezwykle mi się spodobała. By uzasadnić miałkość technicznej strony opisywanych utworów, zaznaczam stanowczo, iż wielu przede mną – znacznie w tej kwestii znamienitszych – męczyło oraz dręczyło, pod różnymi kątami, te dzieła i tak wystarczająco. Pozwalam więc umieścić tu jedynie (lub aż) wrażenia, których doświadczyłem w czasie swawolnego obcowania z wyżej wymienionymi. Przepisywać bezsensownie cudzej pracy nie mam najmniejszego zamiaru. Nie dość, że byłoby to przykre, to jeszcze takiego procederu nie cierpię.